Kilka dni temu odbyłem wielce interesującą podroż. Mimo, że nie był to wyjazd rekreacyjny (a wręcz przeciwnie) uznałem, że warto podzieliście kilkoma obserwacjami i spostrzeżeniami.
Odwiedziłem Grecję. Niestety, jak już wspomniałem był to wyjazd służbowy, ograniczony czasowo do 24 godzin. W swej relacji pominę kwestię służbowe. Skupię się na pewnych różnicach, które dostrzegłem w porównaniu z moim pobytem w tym kraju przed pięcioma laty.
Przede wszystkim rodzaj transportu. Tym razem leciałem samolotem. W dodatku była to moja pierwsza w życiu podroż lotnicza i muszę przyznać, że się jej obawiałem. Przed oczyma stanęły mi obrazy porwania przez islamistów i lądowania w ścianie jakiegoś wysokiego budynku. Rzeczywistość okazała się o wiele bardziej trywialna (na szczęście!) choć nie obyło się bez incydentów. Nowy terminal na Okęciu robi wrażenie. Obsługa paszportowo-celna przebiega sprawnie i nie stanowi problemu. Cały terminal prezentuje się okazale (do czasu, do czasu, ale o tym później). Lecieliśmy brazylijskim samolotem
Embraer 170 (takim samym wracaliśmy), niedużym, takim na 70 pasażerów. Kłopoty zaczęły się na pasie startowym. Okazało się, że nasz środek transportu jest zalodzony (co wcale mnie nie zdziwiło – nad Warszawą szalała wtedy potężna śnieżyca) i musi zostać poddany procesowi odladzania. Po kilku dziesięciu minutach nadjechały dwa samochody z zainstalowanymi maszynami do usuwania lodu. Po kwadransie byliśmy gotowi do startu. Jednak ze względu na opóźnienie musieliśmy przepuścić inne loty. W sumie wystartowaliśmy z godzinnym opóźnieniem. Sam lot wspominam bardzo sympatycznie. Nieprzyjemne odczucia fizyczne, ale o wiele mniejsze niż sobie wyobrażałem, miałem tylko podczas startu i wznoszenia się. Dużym przeżyciem było lądowanie. Ateńskie lotnisko znajduje się na wschodnim skraju miasta. Gdy podchodziliśmy do lądowania miałem okazję oglądać z góry część miasta oraz jego okolice. Warto przypomnieć w tym momencie, że stolica Grecji położona jest na obszarze górzystym. Widok z samolotu jest niezwykle malowniczy. Po lądowaniu bardzo szybko odebraliśmy bagaże, a ja udałem się do informacji turystycznej. Chciałem dowiedzieć się jak dostać się do dzielnicy północnej (Kifisia), w której znajdował się nasz hotel (a w jego pobliżu siedziba firmy, w której byliśmy umówieni na spotkanie) oddalonej od lotniska o około 35 kilometrów. W ciągu dosłownie 2 minut otrzymałem pełną informację jak dotrzeć do miejsca zakwaterowania oraz otrzymałem plan Aten oraz rozkład komunikacji miejskiej wraz z cennikiem usług. Super. Tu Grecy mnie zaskoczyli. Podczas przygotowań do Igrzysk Olimpijskich zmodernizowano i rozbudowano sieć metra (obecnie trzy linie) oraz komunikacji miejskiej. Efektem tych inwestycji jest także nowe lotnisko na którym wylądowaliśmy. I tu kolejne zaskoczenie. Ateńskie lotnisko jest kilkakrotnie większe od Okęcia, posiada nowoczesną infrastrukturę. Pozwolę sobie na pewną analogię. Lotnisko w Warszawie to osiedlowa Stokrotka, a ateńskie jak kompleks „Złote Tarasy” . Ale wracając do tematu. Okazało się, że ze względów finansowych najwygodniej wsiąść w autobus ekspresowy (cena biletu 3,20 euro) i dojechać do centrum Kifisii i tam znaleźć taksówkę by dojechać nią do hotelu. Koszt taksówki z lotniska do naszego miejsca zakwaterowania oscylowałby między 45 a 50 euro. Tak właśnie zrobiliśmy. Autobus podążył trzypasmową autostradą w kierunku dzielnicy północnej. Po 35 minutach podroży byliśmy na placu głównym Kifisii.
Teraz mała dygresja. Dotycząca taksówek. Otóż łapie się je jak w Nowym Jorku. Staje się przy ulicy i macha ręką. Jeżeli któraś się zatrzyma to wsiadamy i jedziemy. Oczywiście istnieje siec radio taxi i tak zamawiano nam taksówki w hotelu. Ciekawe jest też to, że taksówkarze biorą „łebków”, czyli osoby jadące w podobnym kierunku jak zajmujący już miejsce pasażerowie. Tak stało się i tym razem. Zatrzymał się pojazd, w którym miejsce zajmowała już pewna kobieta i kierowca spytał nas gdzie chcemy jechać. Podałem nazwę hotelu i adres, a on stwierdził, że nas zawiezie, tylko musi pierw odwieźć panią siedzącą z tyłu. I tak się stało. Zapłaciliśmy 10 euro, choć licznik wybił 6,85. Może to dodatkowy bonus za zatrzymanie pojazdu na ulicy? Nie wiem, nikt nie był w stanie wyjaśnić mi różnicy w opłacie między wskazaniem licznika, a realną kwotą, którą uiściłem. Podobnie było przy opłatach za radio taxi. Licznik wybija na przykład 5,35, a facet wydaje do 6 euro. OK. Może to taki bonus za wożenie cudzoziemców.
Hotel okazał się całkiem sensowny. Pokój, łóżka, telewizor, balkon, łazienka z toaletą, klimatyzacja. Cena za dobę 100 euro + VAT, który wyniósł 9 %. Śniadanie wliczone w cenę. Po zakwaterowaniu się poszliśmy na kolację. I tu okazało się, że mamy problem. Kifisia to dzielnica domków jednorodzinnych. Znajdują się tam firmy z różnych branż (usytuowane głownie przy autostradzie na Saloniki). Nie jest to jednak dzielnica turystyczna, więc znalezienie restauracji okazało się nie lada wyczynem (mimo informacji udzielonej przez obsługę hotelu). Wylądowaliśmy w końcu w luksusowej chińskiej restauracji położonej około 300 metrów od naszego hotelu. Jedzenie świetne, ceny… No cóż, nie było tam tanio, jak na Place (gdzie kilka lat temu zjadłem pyszny obiad za mniej niż 10 euro). Zapłaciliśmy 100 euro za dwa obiady z deserami, butelkę wina, czajnik herbaty i cztery kieliszki wódki. Ceny jak w Warszawie do dobrym lokalu, więc nie ma co narzekać. A warto było, chociażby dla fenomenalnie przyrządzonej zupę z owoców morza (które uwielbiam, ale w Polsce nie spożywam, bo u nas serwuje się mrożonki z Makro) i fenomenalnej wieprzowinie z grzybami. Wino też przednie, delikatne, dobrze pasujące do potraw.
Rano po śniadaniu udaliśmy się na spotkanie biznesowe. O tym nie będę pisał, gdyż nie dotyczy to bezpośrednio mojej relacji. Po spotkaniu wróciliśmy do hotelu, wypiliśmy pyszną kawę (och! Ci południowcy to dopiero potrafią przyrządzać mój ulubiony napój!) i pojechaliśmy, już z bagażami na główny plac Kifisii, gdzie znajdował się przystanek autobusu X92 jadącego na lotnisku. Mając chwilę wolnego czasu pobuszowałem po sklepach . I tu drugie zaskoczenie. Ceny wysokie. No tak, ale jak już wspomniałem to nie była dzielnica turystyczna. Udało mi się jednak dostrzec kilka drobiazgów w rozsądnych cenach.
Na lotnisku byliśmy około dwóch godzin przed odlotem. Oddaliśmy bagaże i ruszyliśmy coś zjeść. Infrastruktura gastronomiczna jest bardzo dobrze rozwinięta, jednak ceny poszły w górę. Za obiad z napojami dla dwóch osób zapłaciliśmy 27 euro. Tym razem zdecydowaliśmy się na kuchnię włoską. I był to dobry wybór, bo dawno nie jadłem tak dobrego spaghetti. Później odwiedziny w strefie sklepów wolnocłowych, drobne zakupy i skierowaliśmy się ku naszej bramce. Tam po krótkim oczekiwaniu pojawił się autobus, który zawiózł nas do samolotu. Po niespełna dwóch i pól godzinach lotu wylądowaliśmy w Warszawie.
Krótkie podsumowanie.
Jestem pod wrażeniem infrastruktury komunikacji miejskiej w Atenach. Praktycznie wszędzie można dojechać za nieduże pieniądze. Bilet dzienny na wszystkie środki komunikacji to 3 euro, bilet tygodniowy 10 euro. Za jednorazowy przejazd (bilet godzinny, nieważne jaką ilością pojazdów będziemy się poruszać) kosztuje 80 eurocentów. Ceny nie dotyczą autobusów ekspresowych oznaczonych X i numerem (tu, jak pisałem, bilet kosztuje 3,20 euro) oraz metra z lotniska do centrum (o ile dobrze pamiętam taki przejazd kosztuje 6 euro). Warto też dodać, że wszędzie w autobusach i na przystankach znajdziemy opisy w dwóch językach – po grecku (to oczywiste) i po angielsku (a to już nie jest takie oczywiste, bo brakuje tego chociażby w autobusach w Rzymie). Dodatkowo warto poruszać się taksówkami, ale na niewielkie odległości (koszt 5-7 euro), bo dłuższe trasy mogą poważnie obciążyć naszą kieszeń. O ateńskim lotnisku już wspomniałem. Robi duże wrażenie. Dodatkowy plus – praktycznie wszyscy, lepiej lub gorzej, mówią po angielsku. Komunikatywność i chęć pomocy są na wysokim poziomie.
I jeszcze jedna rzecz. Pogoda. Gdy wylatywałem z Okęcia w Warszawie było -2 stopnie C, gdy lądowałem w Atenach było +15. Gdy wylatywałem z Aten temperatura oscylowała wokół 20 stopni C, a w Warszawie było 0…. Brr… Przeżyłem szok termiczny ;)
Mam nadzieję, że wrócę jeszcze do Grecji. Tym razem na jakiś miły wakacyjny wyjazd… Miło jest pomarzyć :)