poniedziałek, 29 grudnia 2008

Gomorra. Recenzja filmu

Film „Gomorra” był słynny jeszcze przed premierą. Wszystko za sprawą książki Roberto Saviano pod tym samym tytułem. Autor poświęcił kilka lat na zbieranie materiałów dotyczących mafii neapolitańskiej – Camorry. Publikacja „Gomorry” odbiła się szerokim echem w całej Europie, tym bardziej, ze mafia wydała wyrok śmierci na pisarza, który nie bał się ujawnienia kulisów działania tej organizacji przestępczej.

Niedługo po publikacji książki doczekaliśmy się premiery filmu pod tym samym tytułem. Wydawać by się mogło, że temat to samograj. Książka głośna, tematyka interesująca, zainteresowanie publiczności pewne. Nic tylko ustawić kamerę i kręcić. Znamy w historii kina wiele filmów dotyczących tematyki mafijnej, które stały się klasyką kina, dostarczając nie tylko rozrywki, ale też pokazując brutalną prawdę o mafijnej rzeczywistości. Takie filmy jak „Ojciec chrzestny”,” Chłopcy z ferajny” czy „Człowiek z blizną” były już wielokrotnie analizowane i stały się częścią globalnej wiedzy na temat przestępczości.

Jak Włosi poradzili sobie z ekranizacją „Gomorry”? Niestety, muszę to przyznać z przykrością, że bardzo słabo. Film jest zły już na etapie scenariusza. Pięć przenikających się opowieści nie sprzyja spójności narracji. Autorzy chcieli pokazać rożne aspekty działania Camorry. Mamy więc, kolejno, historię młodego chłopca, który rozpoczyna swą mafijną drogę, opowieść o dwóch młodzieńcach, którzy chcą przejąć władzę, dwie historie doświadczonych mężczyzn uwikłanych we współpracę z przestępcami oraz opowieść o młodym człowieku, który nie mogąc znaleźć pracy staję się asystentem jednego z bossów. Mamy opowieść o handlu narkotykami, walce gangów, nielegalnej utylizacji odpadów, o tym, że mafia, biznes i polityka przenikają się wzajemnie. Narracja przebiega symultanicznie, co nie wpływa pozytywnie na tempo narracji. Opowieści są niespójne, montaż zaburza ciągłość opowiadanych historii. Wydaje mi się, że autorzy mieli za dużo interesującego materiału i chcieli na siłę upchnąć wszystko w dwugodzinnym filmie. Zamiast zastosować podobną technikę jak na przykład w „Mieście Boga” (opowieści o brazylijskich favelach), gdzie całość oglądamy oczami głównego bohatera, który relacjonuje to, co widzi na codzień, reżyser „Gomorry” chciał pokazać szerokie spectrum zjawiska opowiadając historię z punktu widzenia kilku postaci. Włoski film ma też kolejną poważną wadę. Jest po prostu nudny. Dłużyzny przypominają najgorsze momenty filmów przeintelektualizowanych. Jak mówił inżynier Mamoń w „Rejsie”: „nuda, panie, nic się nie dzieje”. Dochodzi jeszcze to, że żaden z bohaterów zaludniających ekran nie wzbudza u widza zainteresowania. Trudno jest się z kimkolwiek utożsamiać i go polubić. Hermetyczność sytuacji sprawia, że całość ogląda się jak źle zrobiony dokument. Formalnie, bowiem, „Gomorra” utrzymana jest w stylistyce „brudnego” dokumentu. Zdjęcia z ręki, autentyczne plenery i (prawdopodobnie) niezawodowi aktorzy pogłębiają ten efekt. I tu nasuwa się refleksja. Mając bogaty materiał faktograficzny reżyser powinien nakręcić film dokumentalny oparty na wywiadach z osobami, które miały kontakt z mafią neapolitańską. Taki film mogłyby ubarwiać fabularyzowane sceny np.: niektóre z tych, które pokazano w „Gomorrze”. Wyszłoby to z korzyścią dla odbioru całości.

Trudno jest przetrwać seans „Gomorry”. Nie rozumiem jak ten film mógł w tym roku zdobyć główną nagrodę Europejskiej Akademii Filmowej. Widać, że krytycy lubią coś, co nikomu nie przypada do gustu. Zdecydowanie nie polecam.

środa, 24 grudnia 2008

Konkurs na blog roku 2008

Postanowiłem, że wezmę udział w konkursie na blog roku 2008. Poniżej zamieszczam link do strony ze zgłoszeniem:

Blog roku 2008.

Link dodaję również do stron przeze mnie polecanych.

Numer mojego bloga w głosowaniu C00082.

Zachęcam do udziału w konkursie i głosowania na mój blog!

niedziela, 21 grudnia 2008

Rocznica

Dokładnie rok temu rozpocząłem swoją przygodę z blogowaniem. Muszę przyznać, że nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo mnie to wciągnie. I jednocześnie przeprosić wszystkich Czytelników, że nie zawsze byłem w stanie pisać regularnie. Ale, jak sami dobrze wiecie, doba ma tylko 24 godziny i nie wszystkim zadaniom jesteśmy w stanie podołać.

Garść statystyki. Przez rok pojawiło się na moim blogu ponad 120 wpisów, co daje średnio jeden wpis na trzy dni. Nie jest to wynik satysfakcjonujący, postaram się go poprawić. Jednocześnie będę się starał ze wszech miar by poziom merytoryczny moich wpisów był coraz wyższy.

Bieżący rok był dość dobry jeżeli chodzi o publicystykę. Oprócz tego bloga założyłem drugiego na portalu fronda.pl. nawiązałem też współpracę z portalem Liberalis, gdzie ukazało się kilka moich tekstów. Mam nadzieję, że zwiększę swoją aktywność również na tamtych platformach.

Warto też zauważyć, że w mijającym roku udało się wydać pięć numerów Gońca Wolności, a w każdym z nich był zamieszczony przynajmniej jeden artykuł mojego autorstwa.

Jeszcze raz gorąco zachęcam do lektury!

Korzystając z okazji chciałbym wszystkim Czytelnikom mojego bloga złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia.

piątek, 12 grudnia 2008

Kolędy zbyt religijne

Europa zaskakuje z każdym dniem. Gdy czytam wieści z różnych zakątków naszego kontynentu nie mogę opanować zdumienia nad tym, czego to ludzie nie wymyślą. Szczególnie ci nowocześni, prawdziwi Europejczycy.

Jak podał brytyjski dziennik „Daily Mail” w angielskim mieście Thurrock doszło do kuriozalnej sytuacji. Szkolny chór musiał wycofać się z Festiwalu Zimowego gdyż organizatorzy uznali, że przygotowane na występ kolędy są „zbyt religijne”. Oczywiście rodzice byli zbulwersowanie i to nie tym, że ich pociechy przygotowywały się do występu przez kilka tygodni. Chodziło o zarzut postawiony przez organizatorów. Jeden z rodziców stwierdził „To absurdalne, że nie można śpiewać religijnych pieśni. Są święta, to kiedy będzie można je śpiewać?”. No właśnie. Kiedy można śpiewać pieśni religijne? Według organizatorów festiwalu chyba nigdy. Polityczna poprawność Nowej Europy sięga zenitu. A może chodzi o to by kolędy obedrzeć z religijnego kontekstu. Niech to będą po prostu piosenki. Takie jak inne. Brr… Zastanowiłem się jak ja bym się zachował na miejscu rodziców angielskich turystów. Pewnie poszedłbym do organizatorów i powiedział co myślę o ich pomysłach. Ciekawe jak długo cieszyłbym się wolnością?

Nie zawsze by znaleźć coś, co nas przeraża trzeba szukać daleko. Wystarczy rozejrzeć się po swoim otoczeniu. Dlaczego to piszę? Otóż kilkanaście dni temu na blogu ks. Mieczysława Puzewicza, lubelskiego kapłana, wielce zasłużonego dla działalności w środowisku duszpasterstwa akademickiego, przeczytałem zdanie, które spowodowało, że włosy stanęły mi dęba. Rzeczony ksiądz zauroczony pokazem tańców ludowych zorganizowanym przez uchodźców czeczeńskich skonstatował: „Gdyby w waszym mieście, jakaś wspólnota muzułmańska, zapragnęła wznieść meczet, dołożylibyście się? Jeśli chodzi o mnie, dołożyłbym się”. Ciekawe jak daleko może sięgać polityczna poprawność. Gdyby te słowa wygłosiła osoba postronna może nie zwróciłbym na to uwagi. W sumie każdy może głosić to na co ma ochotę, a tym bardziej w Internecie. Jednak deklaracja ks. Puzewicza to część głosu Kościoła (jako Instytucji). I jako taka nie powinna mieć miejsca. Z drugiej strony autor wpisu to rzecznik prasowy arcybiskupa Życińskiego. Koło się zamyka…

środa, 10 grudnia 2008

Mitologia obnażona

Wczoraj wieczorem skończyłem czytać najnowszą książkę Waldemara Łysiaka „Mitologia świata bez klamek”. Jej wydanie mnie zaskoczyło (w tym roku ukazały się już „Lider” i „Historia Saskiej Kępy”), a z drugiej ucieszyło. Przyznam szczerze, że po rezygnacji autora „Szachisty” ze współpracy z „Gazetą Polską” brakowało mi łysiakowej publicystyki. „Mitologia” w założeniu miała być kolejnym tomem serii „Łysiak na łamach”, ale po pewnych perturbacjach opisanych we wstępie nabrała trochę innego kształtu.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej autor dokonuje kolejnego rozliczenia naszej rzeczywistości w podobny sposób jak w „Salonie kłamców” i obu częściach „Salonu”. Tym razem pod krytyczne pióro Łysiaka dostały się mity dotyczące współczesnego świata. W drugiej części „Mitologii” zamieszczono artykuły publikowane w „Gazecie Polskiej i „Niezależnej Gazecie Polskiej” w latach 2006-2007. Ważną częścią jest wstęp, w którym autor opisuje kulisy rozstania z tygodnikiem prowadzonym przez Tomasza Sakiewicza oraz przyczyny swej niechęci do nawiązania współpracy z innymi periodykami (a starał się o to m.in. „Najwyższy Czas!”).
Zasadnicza część „Mitologii” składa się (na kształt „Salonu”) z kolejnych rozdziałów w których autor rozprawia się ze zjawiskami, które uznaje za mity. Na pierwszy ogień idzie postać Lecha Wałęsy porównanego przez Waldemara Łysiaka do Nikodema Dyzmy z powieści Dołęgi-Mostowicza. Jakże trafne porównanie chciałoby się rzec. W sumie to stwierdzenie mogłoby starczyć za cały komentarz. Ale to nie wyczerpałoby istoty problemu. Dlatego też autor „Mitologii” drąży temat podając argumenty na potwierdzenie swej tezy. Zaczynając od kwestii nierozliczonych pieniędzy „Solidarności” na współpracy z bezpieką kończąc. Kolejnymi postaciami które trafiają pod cięte, acz rzeczowe pióro Łysiaka są Władysław Bartoszewski, Marek Edelman i Tomasz Lis. Autor rozprawia się również z mitami Radia Wolna Europa, ekumenizmu czy „pojednania polsko-niemieckiego”. Dochodzą jeszcze dwa elementy, które część czytelników może uznać za kontrowersyjne. Otóż obiektem krytyki autora stał się dyrektor Radia Maryja o. Tadeusz Rydzyk. Zarzut Łysiaka ciężko obalić. Chodzi bowiem o sumy pieniędzy zebrane od radiosłuchaczy na ratowanie Stoczni Gdańskiej, a o których to pieniądzach słuch zaginął. W tym miejscu przyszła mi do głowy ciekawa konstatacja. Waldemar Łysiak, mimo, że od kilku lat znajduje się w sporze z Rafałem Ziemkiewiczem, w tym miejscu przyznał mu rację. Warto przypomnieć, że autor „Michnikowszczyzny” w swej publicystyce wyrażał się krytycznie o pewnych posunięciach dyrektora toruńskiej rozgłośni i postawy środowiska, które w „Polactwie” określił mianem Konfederacji. Drugą kwestią jest merytoryczna analiza przyczyn porażki Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich wyborach. W rozdziale „Jaka piękna kaczastrofa” Łysiak dokonuje drobiazgowego rozłożenia na czynniki pierwsze przebiegu kampanii wyborczej oraz jej wpływu na wynik wyborów parlamentarnych. Co ciekawe, w niektórych momentach dochodzi do podobnych wniosków jak Ziemkiewicz w „Czasie wrzeszczących staruszków”. Niezwykle ciekawym fragmentem tego rozdziału jest opis debaty telewizyjnej Tusk-Kaczyński, która to, podobnie jak niespełna pół wieku temu debata Nixon-Kennedy w USA, zadecydowała o wyniku wyborów.
Artykuły prasowe, pewnie znane czytelnikom „Gazety Polskiej” też zasługują na uwagę. Tym bardziej, że mamy je zebrane w jednym tomie, a nie rozrzucone po kilkunastu numerach czasopisma. Nie każdy ma przecież możliwość archiwizowania wszystkich gazet, które czyta.

Jedynym zarzutem wobec „Mitologii” może być to, że niewiele jest w tej książce rzeczy, o których Łysiak już wcześniej nie pisał. Niektóre argumenty były użyte już kilkakrotnie, zarówno w pracach publicystycznych, vide „Salon”, jak i w powieściach. Nie jest to jednak problem. Czytelnik znający twórczość Waldemara Łysiaka potraktuje to jako część konsekwentnej postawy autora w swej krytyce Salonu, dla nowego odbiorcy (ciekawe czy jest jeszcze w Polsce ktoś, kto nie zna autora „Wysp bezludnych”?) logiczny i udokumentowany wywód potwierdzający tezy autora.
Najnowsza książka Waldemara Łysiaka to także kolejny krok ku poznaniu autora. Przez przemycenie fragmentów dotyczących swego życia oraz ocenę rzeczywistości, a także styl, autor staje się nam bliższy jako człowiek. Czytając „Mitologię” miejscami mamy wrażenie, że siedzi naprzeciwko nas i opowiada. Nie jest to przemowa gawędziarza, który plecie trzy po trzy, ale opowieść snuta przez dojrzałego człowieka, świadomego swych poglądów, nie unikającego emocji, pisarza, który chce głosić prawdę. W tym miejscu przypominają się słowa Józefa Mackiewicza „tylko prawda jest ciekawa”. Zaiste tak jest.

Reasumując muszę przyznać, że lektura „Mitologii” była tym, czego potrzebowałem. Kolejnym ważną lekturą roku 2008. Po nowych książkach Ziemkiewicza i „Przemienieniu” Szczepana Twardocha. Po „Lodzie” Dukaja* i publikacji Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „SB a Lech Wałęsa”.

Polecam gorąco.


*Wiem, że „Lód” wyszedł pod koniec 2007, ale kupiłem i przeczytałem go na początku 2008.

Tekst ukazał się też na moim blogu na fronda.pl

wtorek, 9 grudnia 2008

Wojna pod Akropolem

Nie spodziewałem się, że dosłownie kilka dni po swej relacji z pobytu w Atenach, poruszę kwestię grecką raz jeszcze. Ale w zupełnie innym kontekście. W sobotę w starciach z policją zginął 15-letni chłopak. Po tym przykrym incydencie nastąpiła eskalacja barbarzyństwa. Tłum zaopatrzony w koktajle Mołotowa rzuciły się z pasją na policjantów. Doszło do dewastacji mienia, podpaleń samochodów, sklepów i banków. Obrazy serwowane przez telewizje całego świata sugerowały rewolucję przypominającą zajęcie Sajgonu przez wojska Vietcongu lub zdobycie Hawany przez oddziały Fidela Castro.

Zacznijmy od tragicznej śmierci nastolatka. Wg greckiej policji znajdował się on w trzydziestoosobowym tłumie, który obrzucił kamieniami przejeżdżający patrol policyjny. Jeden z funkcjonariuszy oddał kilka strzałów w kierunku tłumu. Doszło do tragedii. Z jednej strony patrząc była to reakcja niewspółmierna do zagrożenia. Z drugiej strony osoba która atakuje policjantów (abstrahując od tego czy robi to sama czy w tłumie) musi liczyć się z reakcją. W tej sytuacji, przy realnie istniejącym zagrożeniu policja wyciąga broń. I jej używa. Gdybym szedł przez miasto i rzucił się na patrol z kamieniami mógłbym się spodziewać, że albo a) dostanę pałką w łeb b) zostanie w stosunku do mnie użyta broń. Jest to ryzyko wkalkulowane w zachowanie odbiegające od normy. Bo przecież nikt nie powie, że rzucanie koktajlami Mołotowa jest normalnym i akceptowalnym zachowaniem. No chyba, że jakiś fan Rote Armee Fraktion lub innych Czerwonych Brygad.

Dochodzi drugi aspekt. Zachowanie „demonstrantów” po tym, jak rozeszła się wieść o śmierci nastolatka. Tłum rozpoczął regularną wojnę z policją. Dodatkowym elementem było ulubione zajęcie szeroko rozumianych mas protestujących (w ostatnich latach ćwiczone przez antyglobalistów i różnej maści ekologów) czyli dewastacja i grabież prywatnego majątku. Podpalano samochody, niszczono sklepy (przy okazji pewnie zabierając sobie, co bardziej interesujące towary), koktajlami Mołotowa obrzucono też banki. Piękny przykład „gniewu ludu”. Niszczenie mienia i agresja jako formy rozładowania frustracji były już wielokrotnie opisywane w literaturze, nie tylko naukowej. Tym razem agresja uległa eskalacji. Podpalono bożonarodzeniową choinkę na głównym placu Aten, zaatakowano budynek Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Przykładów można przytoczyć jeszcze wiele.

Co ciekawe wszystkie te wydarzenia były następstwem demonstracji studenckich wymierzonych przeciwko polityce edukacyjnej rządu greckiego. Chodziło o wprowadzenie opłat za studia. W tym momencie przypomina mi się zbiór esejów Ayn Rand „Powrót człowieka pierwotnego”. Amerykańska pisarka opisywała zamieszki studenckie w drugie połowie lat sześćdziesiątych XX wieku. Dokonała także analizy przyczyn tych zachowań i doszła do wniosków podobnych jak swej ocenie socjalizmu, jako powrotu i pochwały zachowań barbarzyńskich i prymitywnych. Rand wymieniła szereg postulatów i zachowań, których żaden logicznie myślący człowiek nie uzna za sensowne. Dlaczego o tym piszę? Bo „demonstrantów” poparli socjaliści z PASOK i greccy komuniści. Trudno to zrozumieć. Choć może nie do końca. Takie mamy czasy. Czasy pochwały bandytyzmu i barbarzyństwa. Wychwalania morderców w reklamach telefonii komórkowej (przy okazji polecam stronę z protestem przeciw reklamie Playa z użyciem Che Guevary). Więc dlaczego politycy nie mieliby uznać za partnera rozwydrzony tłum podpalający miasto?

Agresja jest dla lewicy naturalnym sposobem ekspresji politycznej. Nie jest ważne czy dzieje się to na ulicy czy na salonach, nieistotne są argumenty czy fakty (te bywają przecież niewygodne). Istotny jest tłum wypełniający swą rolę. Przykład Grecji jest kolejnym dowodem na prawdziwość tej tezy. Po roku ’68, protestach ekoterrorystów, zamieszkach w Los Angeles w 1992 przyszedł czas na płonące Ateny. Przykry to widok, szczególnie gdy dotyczy jednej z kolebek naszej cywilizacji.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Nowy numer Gońca Wolności - grudzień 2008

Szanowni Czytelnicy!

Z radością informuję, że na tej stronie jest dostępny nowy, grudniowy numer Gońca Wolności" (nr 5 2008).

Poniżej tekst artykułu wstępnego opisujący tematykę poruszaną w grudniowym "Gońcu":

Oddajemy w Wasze ręce kolejny numer „Gońca Wolności”.
Numer bieżący zdominowała tematyka związana bezpośrednio ze zbliżającym się Konwentem Stowarzyszenia. Jak napisał w swym tekście Paweł Pomianek, Redakcja „Gońca Wolności” postanowiła zaprezentować obu kandydatów Czytelnikom, by pomóc w świadomym wyborze Prezesa na następną kadencję.

Zamieszczamy charakterystykę oraz skrócone wersje programów obu kandydatów: Marka Morawiaka oraz Dominika Jaskulskiego. Dodatkowo zamieściliśmy wypowiedzi na temat kandydatów osób zasłużonych dla KoLibra, w tym byłych prezesów i wiceprezesów.
Zachęcamy do zapoznania się z tymi opiniami.

Ponadto w numerze garść aktualnej publicystyki. Witold Falkowski, prezes Instytutu Misesa obserwuje obecny kryzys przez obiektyw Szkoły Austriackiej, Karol Sala sprawdza poziom regulacji cen w Polsce, a Zuzanna Stamirowska przygląda się sytuacji palaczy tytoniu z perspektywy francuskiej. Do kwestii kryzysu i antykryzysowych postaw rządów nawiązuje w swym tekście prof. Jan Winiecki, członek honorowy KoLibra.

W stałym „Kąciku teologicznym” zamieszczamy rozmowę z Łukaszem Kluską, członkiem Organizacji Monarchistów Polskich oraz świeckim zaangażowanym w apostolat Tradycji katolickiej. Ten tekst gorąco polecamy.

W dziale recenzji tekst mojego autorstwa o najnowszej powieści Rafała Ziemkiewicza pt. „Żywina”.

Jeszcze raz zachęcam do lektury!

środa, 3 grudnia 2008

California Dreamin'

Ostatnie lata zaowocowały pojawieniem się dużej ilości wysokiej jakości seriali rodem z USA. Po Rodzinie Soprano, uznawanej za najlepsze dokonanie telewizyjne w kategorii sensacyjno-gangsterskiej, CSI: Las Vegas i CSI: Nowy Jork, Gotowych na wszystko, Rzymie i Dexterze polscy widzowie mogą zapoznać się z Californication. Na początku film ten emitowało płatnym HBO, teraz serial pojawił się na powszechnie dostępnym TVNie.

Californication oglądam już od dłuższego czasu jednak zdecydowałem się napisać o nim teraz właśnie ze względu na fakt powszechnej dostępności. Pomijam to, że uważam ten serial za jedno z najlepszych dokonań telewizyjnych ostatnich lat. Warto zwrócić na niego uwagę ze względu na kontrowersje, które go otaczają. A kontrowersyjne znaczy intrygujące.

Serial opowiada o życiu Hanka Moody’ego (w tej roli rewelacyjny David Duchovny), pisarza, który wraz ze swą córką i dziewczyną przeniósł się z Nowego Jorku do Los Angeles. Hanka poznajemy w momencie rozstania ze swą dziewczyną Karen, w okresie kryzysu twórczego i ogólnego rozbicia. Przez cały pierwszy sezon serialu bohater grany przez Duchovnego próbuje odnowić swoje relacje z byłą dziewczyną (i, co istotne, matką swojej córki). Nie jest to takie proste, gdyż Karen ma nowego narzeczonego i planuje z nim ślub. Wobec takiej sytuacji Hank rzuca się w wir iście rockendrollowej zabawy. Kobiety na jedną noc, alkohol, narkotyki. Tak wygląda codzienność głównego bohatera. I w tym momencie możnaby spokojnie wyłączyć telewizor, gdyby nie kilka istotnych elementów. Po pierwsze postać Hanka jest nietuzinkowa. Obdarzony poczuciem humoru, inteligentny i miejscami sarkastyczny Hank jest postacią, która przykuwa uwagę. Może gdybyśmy go spotkali w realnym życiu mielibyśmy go dość po usłyszeniu kilku ciętych ripost, jednak oglądając Hanka na ekranie czujemy do niego sympatię. I dopingujemy go, gdy stara się naprawić swe relacje miłosne. Bo postać kreowana przez Duchovnego to wrażliwy facet, którego największą miłością jest jego córka i Karen. Jakby zaprzeczając swym przelotnym romansom i wyskokom Hank to dobry, troskliwy ojciec. I, mimo wszystko, kochający facet o duszy rycerza, który potrafi dać komuś w pysk, gdy w jego obecności obrażono kobietę. Mimo cech libertyńskiego artysty podszyty jest staroświeckim konserwatyzmem. Priorytetem jest rodzina i jej szczęście. Ta dwoistość postaci sprawia, że lubimy Hanka. Gdyby był tylko rockandrollowym imprezowiczem nie wzbudziłby naszej sympatii, a wywołałby tylko uśmiech politowania na naszych twarzach. Drugą zaletą jest humor. Niektóre dialogi to perełki komizmu. Poza tym polityczna niepoprawność. W Californication mówi się ostrym językiem (wszelakie fucki i shity latają równie często jak w Pulp Fiction). Dostaje się scjentologom, nawiedzonym ekologom i fanom jogi. Są też momenty mogące wzbudzić duże kontrowersje, chociażby pierwsza scena w pilocie serialu, gdy Hank ma sen, w którym propozycję erotyczną składa mu zakonnica. Jest ostro, przypomina to czasem niektóre odcinki South Park. Przy okazji obrywa całe Hollywood. W serialu wyśmiewane są zachowania gwiazd (np.: modne teraz adopcje dzieci z krajów Trzeciego Świata), styl życia, hedonizm i „nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu”. Także seks, wszechobecny w serialu (nie ma odcinka bez sceny erotycznej, są one jak na warunki telewizyjne dość ostre) jest wielokrotnie wyśmiewany. Seks jako dążenie do zaspokojenia najprymitywniejszych potrzeb prowadzi do nieszczęścia. I komplikuje postaciom życie. Prowadzi do problemów i frustracji. Miłość fizyczna między ludźmi, którzy się kochają jest czymś pięknym i wartościowym. I to jest drugie dno Californication. W wyuzdanym świecie najważniejsze są staroświeckie rozwiązania i sposoby postępowania.

Warto wspomnieć o świetnym aktorstwie. David Duchowny gra rolę swojego życie. On nie tylko gra Hanka on nim po prostu jest. Natascha McElhone, jako Karen też jest wyśmienita. Poza tym widać, że między głównymi bohaterami naprawdę "iskrzy". Emocje zagrane są świetnie i oddają w pełni wzajemne relacje postaci. Drugi plan też jest na wysokim poziomie, a wybija się Evan Handler jako Charlie Runkle, agent Hanka.

Ten serial to karykatura Los Angeles. Ludzi, blichtru, swobody seksualnej, zachowań. Chciałoby się powiedzieć, że to Hollywood w krzywym zwierciadle. Do mnie to trafia.

Oczywiście nie jest to serial dla każdego. Californication może być całkowicie niestrawne dla ludzi nie przepadającymi za erotyką na ekranie i wulgarnym słownictwem. Niektóre żarty czy wątki mogą urazić bardziej wrażliwych widzów. Nie każdemu przypadnie do gustu oglądany świat. Razić mogą zachowania postaci i ich wybory życiowe. To tak jak ze wspomnianym już wcześniej South Parkiem. Albo się to lubi i akceptuje konwencję, albo się odrzuca.

Ciekawy jestem kiedy w Polsce zaczną się protesty przeciwko Californication. Mimo późnej pory emisji (chyba około 23.30 na TVN) zawsze znajdzie się ktoś, komu się to nie spodoba. Ale jak Dexter przeszedł bez bólu, to może i Hank Moody ma szansę.

Moim zdaniem jeden z najlepszych seriali ostatnich lat (obok Dextera). Polecam, acz ostrzegam po raz kolejny, że nie jest to film dla każdego.

wtorek, 2 grudnia 2008

5000 kilometrów w 24 godziny, czyli do Aten i z powrotem

Kilka dni temu odbyłem wielce interesującą podroż. Mimo, że nie był to wyjazd rekreacyjny (a wręcz przeciwnie) uznałem, że warto podzieliście kilkoma obserwacjami i spostrzeżeniami.

Odwiedziłem Grecję. Niestety, jak już wspomniałem był to wyjazd służbowy, ograniczony czasowo do 24 godzin. W swej relacji pominę kwestię służbowe. Skupię się na pewnych różnicach, które dostrzegłem w porównaniu z moim pobytem w tym kraju przed pięcioma laty.

Przede wszystkim rodzaj transportu. Tym razem leciałem samolotem. W dodatku była to moja pierwsza w życiu podroż lotnicza i muszę przyznać, że się jej obawiałem. Przed oczyma stanęły mi obrazy porwania przez islamistów i lądowania w ścianie jakiegoś wysokiego budynku. Rzeczywistość okazała się o wiele bardziej trywialna (na szczęście!) choć nie obyło się bez incydentów. Nowy terminal na Okęciu robi wrażenie. Obsługa paszportowo-celna przebiega sprawnie i nie stanowi problemu. Cały terminal prezentuje się okazale (do czasu, do czasu, ale o tym później). Lecieliśmy brazylijskim samolotem Embraer 170 (takim samym wracaliśmy), niedużym, takim na 70 pasażerów. Kłopoty zaczęły się na pasie startowym. Okazało się, że nasz środek transportu jest zalodzony (co wcale mnie nie zdziwiło – nad Warszawą szalała wtedy potężna śnieżyca) i musi zostać poddany procesowi odladzania. Po kilku dziesięciu minutach nadjechały dwa samochody z zainstalowanymi maszynami do usuwania lodu. Po kwadransie byliśmy gotowi do startu. Jednak ze względu na opóźnienie musieliśmy przepuścić inne loty. W sumie wystartowaliśmy z godzinnym opóźnieniem. Sam lot wspominam bardzo sympatycznie. Nieprzyjemne odczucia fizyczne, ale o wiele mniejsze niż sobie wyobrażałem, miałem tylko podczas startu i wznoszenia się. Dużym przeżyciem było lądowanie. Ateńskie lotnisko znajduje się na wschodnim skraju miasta. Gdy podchodziliśmy do lądowania miałem okazję oglądać z góry część miasta oraz jego okolice. Warto przypomnieć w tym momencie, że stolica Grecji położona jest na obszarze górzystym. Widok z samolotu jest niezwykle malowniczy. Po lądowaniu bardzo szybko odebraliśmy bagaże, a ja udałem się do informacji turystycznej. Chciałem dowiedzieć się jak dostać się do dzielnicy północnej (Kifisia), w której znajdował się nasz hotel (a w jego pobliżu siedziba firmy, w której byliśmy umówieni na spotkanie) oddalonej od lotniska o około 35 kilometrów. W ciągu dosłownie 2 minut otrzymałem pełną informację jak dotrzeć do miejsca zakwaterowania oraz otrzymałem plan Aten oraz rozkład komunikacji miejskiej wraz z cennikiem usług. Super. Tu Grecy mnie zaskoczyli. Podczas przygotowań do Igrzysk Olimpijskich zmodernizowano i rozbudowano sieć metra (obecnie trzy linie) oraz komunikacji miejskiej. Efektem tych inwestycji jest także nowe lotnisko na którym wylądowaliśmy. I tu kolejne zaskoczenie. Ateńskie lotnisko jest kilkakrotnie większe od Okęcia, posiada nowoczesną infrastrukturę. Pozwolę sobie na pewną analogię. Lotnisko w Warszawie to osiedlowa Stokrotka, a ateńskie jak kompleks „Złote Tarasy” . Ale wracając do tematu. Okazało się, że ze względów finansowych najwygodniej wsiąść w autobus ekspresowy (cena biletu 3,20 euro) i dojechać do centrum Kifisii i tam znaleźć taksówkę by dojechać nią do hotelu. Koszt taksówki z lotniska do naszego miejsca zakwaterowania oscylowałby między 45 a 50 euro. Tak właśnie zrobiliśmy. Autobus podążył trzypasmową autostradą w kierunku dzielnicy północnej. Po 35 minutach podroży byliśmy na placu głównym Kifisii.

Teraz mała dygresja. Dotycząca taksówek. Otóż łapie się je jak w Nowym Jorku. Staje się przy ulicy i macha ręką. Jeżeli któraś się zatrzyma to wsiadamy i jedziemy. Oczywiście istnieje siec radio taxi i tak zamawiano nam taksówki w hotelu. Ciekawe jest też to, że taksówkarze biorą „łebków”, czyli osoby jadące w podobnym kierunku jak zajmujący już miejsce pasażerowie. Tak stało się i tym razem. Zatrzymał się pojazd, w którym miejsce zajmowała już pewna kobieta i kierowca spytał nas gdzie chcemy jechać. Podałem nazwę hotelu i adres, a on stwierdził, że nas zawiezie, tylko musi pierw odwieźć panią siedzącą z tyłu. I tak się stało. Zapłaciliśmy 10 euro, choć licznik wybił 6,85. Może to dodatkowy bonus za zatrzymanie pojazdu na ulicy? Nie wiem, nikt nie był w stanie wyjaśnić mi różnicy w opłacie między wskazaniem licznika, a realną kwotą, którą uiściłem. Podobnie było przy opłatach za radio taxi. Licznik wybija na przykład 5,35, a facet wydaje do 6 euro. OK. Może to taki bonus za wożenie cudzoziemców.

Hotel okazał się całkiem sensowny. Pokój, łóżka, telewizor, balkon, łazienka z toaletą, klimatyzacja. Cena za dobę 100 euro + VAT, który wyniósł 9 %. Śniadanie wliczone w cenę. Po zakwaterowaniu się poszliśmy na kolację. I tu okazało się, że mamy problem. Kifisia to dzielnica domków jednorodzinnych. Znajdują się tam firmy z różnych branż (usytuowane głownie przy autostradzie na Saloniki). Nie jest to jednak dzielnica turystyczna, więc znalezienie restauracji okazało się nie lada wyczynem (mimo informacji udzielonej przez obsługę hotelu). Wylądowaliśmy w końcu w luksusowej chińskiej restauracji położonej około 300 metrów od naszego hotelu. Jedzenie świetne, ceny… No cóż, nie było tam tanio, jak na Place (gdzie kilka lat temu zjadłem pyszny obiad za mniej niż 10 euro). Zapłaciliśmy 100 euro za dwa obiady z deserami, butelkę wina, czajnik herbaty i cztery kieliszki wódki. Ceny jak w Warszawie do dobrym lokalu, więc nie ma co narzekać. A warto było, chociażby dla fenomenalnie przyrządzonej zupę z owoców morza (które uwielbiam, ale w Polsce nie spożywam, bo u nas serwuje się mrożonki z Makro) i fenomenalnej wieprzowinie z grzybami. Wino też przednie, delikatne, dobrze pasujące do potraw.

Rano po śniadaniu udaliśmy się na spotkanie biznesowe. O tym nie będę pisał, gdyż nie dotyczy to bezpośrednio mojej relacji. Po spotkaniu wróciliśmy do hotelu, wypiliśmy pyszną kawę (och! Ci południowcy to dopiero potrafią przyrządzać mój ulubiony napój!) i pojechaliśmy, już z bagażami na główny plac Kifisii, gdzie znajdował się przystanek autobusu X92 jadącego na lotnisku. Mając chwilę wolnego czasu pobuszowałem po sklepach . I tu drugie zaskoczenie. Ceny wysokie. No tak, ale jak już wspomniałem to nie była dzielnica turystyczna. Udało mi się jednak dostrzec kilka drobiazgów w rozsądnych cenach.

Na lotnisku byliśmy około dwóch godzin przed odlotem. Oddaliśmy bagaże i ruszyliśmy coś zjeść. Infrastruktura gastronomiczna jest bardzo dobrze rozwinięta, jednak ceny poszły w górę. Za obiad z napojami dla dwóch osób zapłaciliśmy 27 euro. Tym razem zdecydowaliśmy się na kuchnię włoską. I był to dobry wybór, bo dawno nie jadłem tak dobrego spaghetti. Później odwiedziny w strefie sklepów wolnocłowych, drobne zakupy i skierowaliśmy się ku naszej bramce. Tam po krótkim oczekiwaniu pojawił się autobus, który zawiózł nas do samolotu. Po niespełna dwóch i pól godzinach lotu wylądowaliśmy w Warszawie.

Krótkie podsumowanie.

Jestem pod wrażeniem infrastruktury komunikacji miejskiej w Atenach. Praktycznie wszędzie można dojechać za nieduże pieniądze. Bilet dzienny na wszystkie środki komunikacji to 3 euro, bilet tygodniowy 10 euro. Za jednorazowy przejazd (bilet godzinny, nieważne jaką ilością pojazdów będziemy się poruszać) kosztuje 80 eurocentów. Ceny nie dotyczą autobusów ekspresowych oznaczonych X i numerem (tu, jak pisałem, bilet kosztuje 3,20 euro) oraz metra z lotniska do centrum (o ile dobrze pamiętam taki przejazd kosztuje 6 euro). Warto też dodać, że wszędzie w autobusach i na przystankach znajdziemy opisy w dwóch językach – po grecku (to oczywiste) i po angielsku (a to już nie jest takie oczywiste, bo brakuje tego chociażby w autobusach w Rzymie). Dodatkowo warto poruszać się taksówkami, ale na niewielkie odległości (koszt 5-7 euro), bo dłuższe trasy mogą poważnie obciążyć naszą kieszeń. O ateńskim lotnisku już wspomniałem. Robi duże wrażenie. Dodatkowy plus – praktycznie wszyscy, lepiej lub gorzej, mówią po angielsku. Komunikatywność i chęć pomocy są na wysokim poziomie.

I jeszcze jedna rzecz. Pogoda. Gdy wylatywałem z Okęcia w Warszawie było -2 stopnie C, gdy lądowałem w Atenach było +15. Gdy wylatywałem z Aten temperatura oscylowała wokół 20 stopni C, a w Warszawie było 0…. Brr… Przeżyłem szok termiczny ;)

Mam nadzieję, że wrócę jeszcze do Grecji. Tym razem na jakiś miły wakacyjny wyjazd… Miło jest pomarzyć :)