wtorek, 22 grudnia 2009

Najlepszy prezent świąteczny

Kiedyś mój znajomy zażartował, że najlepsze prezenty sprawiamy sobie samemu. Wybierając coś dla siebie idealnie trafiamy we właściwe gusta i nie możemy liczyć na przykre niespodzianki.

W tym roku postanowiłem, że po ciężkim roku, który był trudny, żmudny i, jak muszę przyznać szczerze, dobrze, że się kończy, sprawie sobie super-prezent bożonarodzeniowy. Okazja natrafiła się dość nieoczekiwanie. Okazało się, że 16 czerwca 2010 na lotnisku Bemowo w Warszawie odbędzie się koncert na który czekali chyba wszyscy fani ciężkiego grania. Metallica, Slayer, Anthrax i Megadeth na jednej scenie. Wielka Czwórka thrash metalu na jednym koncercie. Na coś takiego czekam 21 lat, od momentu, gdy zacząłem słuchać wyżej wymienionych kapel.

Dodatkowo, jako goście, Mastodon (świetna kapela, który w roku 2009 wydała jeden z najlepszych albumów mijającego roku „Crack The Skye”) oraz Dodomot. Ten ostatni „twór” organizatorzy mogli sobie odpuścić, ale Nergal jest teraz na fali i widocznie ma dobrego menadżera, więc go wkleili jak przysłowiowy kwiatek do kożucha...

Ale nie o to chodzi. Chodzi o wielką imprezę. Na której oczywiście będę obecny - to jest mój prezent - bilet został już zakupiony. Spodziewajcie się relacji. Teraz pozostało tylko nerwowo odliczać mijające dni…

Stay tuned!

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Parlament Europejski i facecje Jerzego Buzka

Dziś otrzymałem od znajomego ciekawy link do obrad Parlamentu Europejskiego. Angielski polityk, Nigel Farage krytykuje sposób powołania prezydenta i minister spraw zagranicznych UE oraz ich merytoryczne przygotowanie do pełnienia urzędu. Nasz wspaniały Przewodniczący ma jednak zastrzeżenia.

Rzecz warta uwagi. Głos rozsądku w jaskini rozpusty... Jeżeli chodzi o głos rozsądku chodzi mi oczywiście o postawę pana Farage'a.

sobota, 19 grudnia 2009

Kwas, serce i rock'n'roll

Wczoraj wieczorem w lubelskim klubie Graffiti odbył się koncert zespołu Acid Drinkers, jednego z najlepszych i najoryginalniejszych zespołów metalowych na świecie. Z dużą niecierpliwością oczekiwałem na to wydarzenie. Złożyło się na to kilka przyczyn. Ostatni raz na Acidach byłem jeszcze na studiach, ponad dziesięć lat temu. W dodatku obecna trasa zorganizowana została specjalnie na dwudziestolecie zespołu, a prezentowany repertuar był przekrojowy – coś w rodzaju „The Best of…”.

Koncert miał się rozpocząć o 19.00. Po przybyciu pod klub okazało się, że kolejka liczy dobre kilkadziesiąt metrów. By dostać się do środka trzeba było odstać na mrozie (-13 stopni) kilkadziesiąt minut. Gdy dostałem się w końcu do budynku myślałem tylko o tym by napić się… gorącej herbaty:) Ale, że picie ulubionego napoju Brytyjczyków przed koncertem rockowym można uznać za bluźnierstwo zdecydowałem się na degustację innego trunku. Nie, wbrew pozorom nie był to jabol :)

Kilka minut o dwudziestej na scenę wyszedł suport. Bliżej nieznana mi kapela Cremaster zaprezentowała jajcarski show trwający około 35 minut. Hard core, trochę punka i metalu, wszystko wymieszane w dziwacznym tyglu. Kolesie byli dość dowcipnie poprzebierani i skutecznie zachęcali publiczność do wspólnej zabawy. Generalnie – całkiem nieźle.

Na główną atrakcję wieczoru przyszło nam czekać aż do 21.15. Wśród publiczności rozeszły się pogłoski o nienajlepszym stanie zdrowia wokalisty Titusa. Plotki, jak to plotki miały kilka oblicz – podobno chodziło o filipińską chorobę spowodowaną zbyt długimi rozmowami po koncercie w Radomiu w czwartkowy wieczór, inni mówili, że to problemy z sercem na wskutek zbyt długiej trasy koncertowej. Jak było naprawdę wie tylko sam zainteresowany. Najsmutniejsze jest to problemy Titusa okazały się jednak prawdziwe, o czym wspomnę w dalszej części relacji. Kwestia ta wypłynęła na oficjalnym forum zespołu.

Zespól zaczął utworami z zeszłorocznej, wyśmienitej płyty „Verses Of Steel”. Na pierwszy ogień dynamiczne „Swallow The Needle”, „In A Black Snail Wrapped” i rewelacyjne „We Died Before We Start To Live”. Niby wszystko super. Czad, energia, ruch sceniczny, niesamowite wyczyny Ślimaka na perkusji. Ale widać i słychać, że Titus nie jest w najwyższej formie, zarówno wokalnej, jak i fizycznej. Drinkersi grają dalej, na razie nie zwalniając tempa. W tym przypadku mała dygresja – program koncertu był ułożony tak, że cofaliśmy się w czasie, od najnowszej płyty, przez kolejne by dojść do genialnego debiutu „Are You A Rebel?”. Usłyszeliśmy m.in. doskonale wykonania utworów tytułowych z albumów „Acidofilia” i „High Proof Cosmic Milk” czy „Calista” z „Broken Head”. W jednym z utworów Titus zaczął masować okolice serca. Na pierwszy rzut oka wyglądało to tak, jakby chciał się po prostu podrapać. Gest ten jednak powtórzył się kilkakrotnie. W pewnym momencie Titus wyraźnie podenerwowany zszedł ze sceny. Zespól wykonał bez niego m.in. „Solid Rock”, a funkcję głównego wokalisty objął Jankiel. Po pewnym czasie Titus wrócił na scenę, a zespół zaserwował słuchaczom prawdziwą ucztę. „Another Brick In The Wall”, kultowy utwór Pink Floyd, w wykonaniu Poznaniaków nabiera nowego kształtu zarówno w wersji z albumu „Fishdick”, jak i w wykonaniu na żywo. Chwilę potem muzyczny żart. Titus na garach, a Ślimak jako główny wokalista. Żart muzyczny „Midnight Visitor” z płyty „Vile Vicious Vision” sympatyczny perkusista ubarwił zabawną choreografią. Wykosiłby wszystkich frajerów z „Tańca z gwiazdami”, nie ma co. Wielkie brawa! Za moment „Pizza Driver” i… Stało się to, co niestety było wiadome od co najmniej kilkunastu minut. Titus przeprosił publiczność i powiedział, że nie jest w stanie kontynuować koncert ze względów zdrowotnych. Po godzinie koncertu…

…zostało ich trzech.

Jak sobie poradzić w takiej sytuacji? Czy uda się uratować występ i zatrzeć przykre wrażenie? Co należy zrobić? Przerwać występ? Kontynuować? W tym konkretnym przypadku zespól stanął na wysokości zadania. Ślimak ogłosił, że zestaw utworów ulegnie pewnej zmianie i koncert będzie kontynuowany. Ma mikrofonem stanął Jankiel, a zespól wykonał „Poplin Twist”, „Anybody Home?”, „Slow And Stoned”, Drug Dealer”, rewelacyjną wersję „Whiplash” Metalliki (ostatni raz ten kawałek brzmiał tak dobrze i mocno pewnie na trasie koncertowej „Kill ‘Em All” w 1983 roku), „Barmy Army” i „I Am The Mystic”. Jak widać chłopaki poradzili sobie wybierając utwory, które w większości wykonywał Litza, gdy jeszcze był członkiem Acid Drinkers. Pewnym zgrzytem było wykonanie kultowego „Barmy Army”. Przed zagraniem tego utworu Jankiel spytał kto z publiczności zna zwrotki tego utworu. Zgłosiło się kilku chętnych, dwóch z nich w rezultacie wylądowało na scenie by wykonać ten kawałek z zespołem. Niestety szybko okazało się, że chłopaki nie dość, że są podpici to jeszcze tekstu oczywiście nie znają. Dość dowcipnie poruszali się po scenie i dla nich było to z pewnością ukoronowanie wieczoru. Dla nich. Bo dla publiczności już nie bardzo…

Teraz trochę indywidualnych laurek. Przede wszystkim Ślimak, Ślimak i jeszcze raz Ślimak. Clue koncertu to jego gra. Ma wszystkie pozytywne cechy, które powinny charakteryzować metalowego perkusistę. W dodatku gra widowisko (perkusja ustawiona bokiem do publiczności). No i poczucie humoru – vide wykonanie „Midnight Visitor”. Popcorn solidny, dobre solówki, skupienie na grze. Jankiel natomiast to wulkan energii. W dodatku nie pozbawiony poczucia humoru – w swych zapowiedziach parodiował styl preferowany przez Titusa.

Trudno jednoznacznie ocenić ten koncert. Z jednej strony doskonały dobór repertuaru, żywioł na scenie, szaleństwo na widowni, z drugiej, niestety, stan Titusa… Ale to, w jaki sposób zespół poradził sobie z tym problemem zasługuje na brawa. Może w przyszłym roku, podczas kolejnego koncertu, na który wybrałbym się z przyjemnością, nie będzie tego typu „niespodzianek”. But, it’s only rock’n’roll…

P.S. 1 Po koncercie rozmawiałem z kolegą, który miał wstęp do VIP Roomu, który powiedział, że Titus miał poważne problemy ze zbyt wysokim ciśnieniem i znacznie przyspieszoną akcją serca. Z tego co donoszą ludzie na forum podobno już wszystko jest w porządku… Dziś koncert w Warszawie…

P.S. 2 Pod nieobecność Titusa na basie grał jeden z technicznych.

Poniżej video do utworu "Acidofilia"

wtorek, 15 grudnia 2009

Ateny w grudniu

W roku bieżącym, podobnie jak rok wcześniej udałem się na spotkanie biznesowe do słonecznej, mimo grudniowej pory, Grecji. Nauczony zeszłorocznym doświadczeniem poczyniłem gruntowne przygotowania, by przy okazji zwiedzić dokładnie miasto. I poczuć jego klimat. Udało się, o czym świadczyć może poniższa relacja.

Za jedno trzeba Greków pochwalić. Przy okazji Igrzysk Olimpijskich usprawnili transport miejski. Obecnie mamy do dyspozycji trzy linie metra, autobusy, tramwaje i trolejbusy. Dodatkowo możemy skorzystać z taksówek (a są one żółte, jak w Nowym Jorku), choć nie jest to zbyt konkurencyjne cenowo w porównaniu z siecią komunikacji miejskiej.

Najwygodniej poruszać się metrem. Istnieją trzy linie metra, oprócz numerów oznaczone kolorami (czerwony, niebieski, zielony). Szybka kolej dowiezie nas praktycznie w każdy istotny punkt miasta. Komunikacja miejska jest relatywnie tania. Bilet półtoragodzinny kosztuje 1 euro, 24-godzinny 3 euro. Ja preferowałem użycie biletów ważnych całą dobę. W tym miejscu ważna jest dodatkowa informacja. Z lotniska do centrum (i z centrum na lotnisko) obowiązuje bilet kosztujący 6 euro (w sprzedaży dostępne też bilety dwuosobowe w cenie 10 euro oraz bilety grupowe). Warto sprawdzić jakim biletem dysponujemy, bo grzywna za przejazd bez ważnego biletu kosztuje sześćdziesięciokrotność wartości biletu, który powinniśmy zakupić i skasować. Metro posiada dwujęzyczne opisy, informacja w wagonach podawana jest zarówno po grecku, jak i po angielsku. W wielu miejscach znajdują się mapy całej trakcji, więc wystarczy mieć oczy i uszy otwarte by nie mieć problemów z poruszaniem się. Dodatkowo z lotniska i na lotnisko kursują autobusy ekspresowe (numer linii poprzedza litera X); bilet kosztuje 3,20 euro. Autobusy te dojeżdżają do kilku punktów miasta (m.in. do ścisłego centrum, do północnej dzielnicy Kifissia, do Pireusu itd.). Czas przejazdu metrem z lotniska do śródmieścia to około 45-55 minut.



Jeśli chodzi o zwiedzanie to Ateny mają wiele do zaoferowania. Przede wszystkim nowe Muzeum Akropolu. Wysiadamy na stacji metra Akropoli (linia czerwona) i po krótkim spacerze stajemy przed nowoczesnym budynkiem. Gmach Muzeum powstał podczas przygotowań do Olimpiady, co za tym idzie ekspozycja jest nowoczesna w formie. W przestronnych pomieszczeniach prezentowana jest ekspozycja, na widok której miękną serca wszystkich sympatyków starożytnej Grecji. A zresztą, wydaje mi się, że na każdym zwiedzającym Muzeum wywrze wielkie wrażenie. Ukoronowaniem ekspozycji jest ostatnie piętro, gdzie znajduje się coś w rodzaju rekonstrukcji Partenonu w skali 1:1. Wszystkie ocalałe elementy fryzu, metopy i rzeźby zostały wkomponowane w zarys budynku. Starożytne zabytki są częściowo uzupełnione współczesnymi kopiami. Całość ekspozycji jest starannie opisana, oczywiście w co najmniej dwu językach. Wstęp do Muzeum kosztuje symboliczne 1 euro. Na przedostatnim piętrze funkcjonuje restauracja (pyszna fappe!)i sklep z pamiątkami, a z tarasu rozkoszując się smakiem kawy możemy podziwiać bryłę Akropolu. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do linka podanego kilka linijek wyżej.

Kolejne muzeum, które należy koniecznie odwiedzić to Muzeum Bizantyńskie. Znajduje się ono niedaleko stacji metra Evangelismos (linia niebieska) przy alei Vassilis Sofias 22. Bilet normalny kosztuje 4 euro, studenci wchodzą gratis. Ekspozycja obejmuje zabytki okresu od sztuki wczesnochrześcijańskiej do XIX wieku. W muzeum zgromadzono zarówno obiekty sakralne (m.in. podobno największy na świecie zbiór ikon), jak i świeckie (biżuteria, przedmioty codziennego użytku). W osobnej sali zgromadzono zabytki sztuki koptyjskiej. W chwili obecnej (do 10 stycznia 2010) w Muzeum odbywa się również ekspozycja ostatnich dzieł Andy Warhola, więc jeśli ktoś w ciągu najbliższych tygodni wybiera się do Aten i zamierza odwiedzić Muzeum Bizantyńskie to może upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.



Kilkadziesiąt metrów dalej, idąc w kierunku placu Syntagma (przy Parlamencie)znajduje się Muzeum Sztuki Cykladzkiej i Starożytnej. Kolekcja zgromadzonych zabytków robi kolosalne wrażenie (wiem, wiem, że piszę to po raz kolejny, ale opisując Ateny trudno się przed tym ustrzec). W czteropiętrowym budynku zgromadzono zabytki od okresu neolitu do epoki hellenistycznej. Ciekawostką jest dział multimedialny na czwartym piętrze. Na telebimach przedstawiono filmy na których aktorzy odgrywają sceny z życia starożytnych Hellenów. Możemy obserwować jak wyglądały zaręczyny, ślub, wesele, wyprawa wojenna, wychowanie dzieci, system szkolnictwa, ceremonie religijne oraz pogrzebowe. Multimedia pozwalają wręcz dotknąć czasów, które skończyły się dwa tysiące lat temu. Bilety wstępu 7,5 euro normalny, 3 euro ulgowy.

Dosłownie pięćdziesiąt metrów dalej znajduje się Muzeum Benaki. Nie będę udawał, że nie jest to miejsce warte odwiedzenia. Oczywiście, że jest! Muzeum Benaki to prywatna kolekcja sztuki greckiej (od starożytnej do współczesnej), zbierana przez 40 lat, udostępniona zwiedzającym. Bilet kosztuje 6 euro, studenci (szczęściarze!) wchodzą za darmo. Muzeum funkcjonuje jako fundacja sztuki. Ekspozycja jest niezwykle bogata. Na mnie największe wrażenie zrobiły zbiory sakralnej sztuki bizantyńskiej oraz rekonstrukcje wnętrz mieszkalnych z XIX wieku. Pamiętajcie drodzy Czytelnicy – będąc w Atenach nie omińcie przypadkiem Muzeum Benaki.

O muzeach można by pisać jeszcze wiele. Oprócz opisanych, w których dane mi było gościć, odwiedzić warto jeszcze dwa muzea archeologiczne, Muzeum Wojny, Muzeum Kinematografii, Muzeum Sztuki Ludowej oraz Muzeum Morskie w Pireusie. Może następnym razem uda mi się tego dokonać.



Wizyta na Akropolu warta jest osobnego eseju, więc ograniczę się do informacji istotnych dla turysty. Akropol w okresie zimowym czynny jest tylko do 14.30, wybierając się na zwiedzanie warto o tym pamiętać. Bilet kosztuje 12 euro (studenci gratis, oczywiście za okazaniem ważnej legitymacji). Za tą kwotę mamy jeszcze możliwość odwiedzenie kilku innych stanowisk archeologicznych (m.in. Agora, Biblioteka Hadriana, Świątynia Zeusa Olimpijskiego, Rzymska Agora itd.), więc cena biletu wbrew pozorom nie jest zbyt wygórowana. Bilet ważny jest cztery dni. Schodząc z Akropolu warto wdrapać się na Areopag z którego roztacza się imponujący widok na Agorę oraz Plakę – dzielnicę miliona sklepików i restauracji. Idąc w dół, w kierunku Plaki, możemy odwiedzić Agorę, na której w jednym z odrestaurowanych budynków znajduje się kolejne muzeum. Na Agorze godnym uwagi obiektem jest doskonale zachowana świątynia Hefajstosa.



Gdzie jeszcze warto pójść? Z pewnością do Parku Narodowego obok placu Syntagma. Idą przez park dotrzeć można do stadionu Panathinaiko, na który odbyły się pierwsze nowożytne Igrzyska Olimpijskie, a tuż przy stadionie świątynia Zeusa Olimpijskiego. A kilka kroków dalej Akropol… Warto pójść na pchli targ na Plakę. Można znaleźć całkiem interesujące obiekty. Warto zajrzeć na targ mięsno-warzywno-owocowy położony mniej więcej w połowie drogi ze stacji metra Monastiraki na plac Omonia. Można…

Nie chcąc zanudzać opisami kolejnych miejsc starożytnych zajmę się teraz innymi urokami Aten. Jako, że nie wszystkie rzeczy są zachwycające napiszę też o tym, co może przeszkadzać i razić. Przede wszystkim – straszny syf. Góry śmieci, zarówno w czarnych foliowych workach, jak i rzuconych luzem piętrzą się co kilkadziesiąt metrów. I to nie tylko w mrocznych zaułkach, ale chociażby na jednym z głównych placów na Place – na przeciwko stacji metra Monastiraki. Nie wiem dlaczego istnieje takie zjawisko. Nie ma służb oczyszczania miasta, czy co? Wrażenia czasem są takie, jakby człowiek odwiedzał jakiś Bangladesz lub coś takiego. Druga rzecz – zderzenie bogactwa z biedotą. Fakt, jest to widoczne w każdym dużym mieście (w Warszawie również), ale dysproporcje, które, że się tak wyrażę, mają powiew Wschodu. Przykład – idąc z Plaki w kierunku placu Omonia mijamy pięciogwiazdkowy hotel, kilka metrów dalej stoi na wpół wyburzony budynek, obok starszy mężczyzna na przenośnym straganie handluje złotem, a dosłownie metr od niego leży żebrzący Albańczyk. Wszystko na przestrzeni kilkudziesięciu metrów. Kolejnym minusem są taksówki, a raczej opłaty za przejazd. W tym roku miałem do przejechania trasę około 3,5 kilometra. Na stacji metra Kifissia złapałem taksę „ze słupka”. Kierowca dobrał jeszcze dwie osoby, rozwiózł je, a następnie pojechał pod adres, który mu wskazałem. Taryfa wyniosła 6 euro. Z powrotem jechałem pojazdem zamówionym przez Radio Taxi. Ta sama trasa. Opłata 10 euro. Nijak tego nie jestem w stanie pojąć. U nas jest odwrotnie – radio taxi kosztuje taniej niż przejazd „ze słupka”. Tam widocznie jest odwrotnie.



Teraz jeszcze o pozytywach. Przede wszystkim kawa i jedzenie. Kawa espresso równie dobra jak we Włoszech, a frappe najlepsza na świecie. Za moją ukochaną frappe zapłacimy w zależności od miejsca od 2 do 3 euro. Warto skusić się na owoce morza, no chyba, że ktoś na samą myśl ma odruchy wymiotne. Porcja dla 2 osób, w zależności od miejsca to wydatek rzędu 15-19 euro. Zestaw mięs (grillowana baranina, indyk, wieprzowina oraz kotleciki mielone z baraniny z miętą) dla dwóch osób, z frytkami, surówką to przeciętnie wydatek około 15 euro. Gyros dla jednej osoby od 7 do 9 euro. Ja skusiłem się na baraninę w sosie cytrynowym (niebo w gębie) – 12 euro. Warto też skusić się na słodkości wszelakie. Jest całkiem spory wybór, a za kwotę 3-4 euro nasycimy swe zmysły niepowtarzalną ucztą czekoladowo-lodową. Wszystkie podane ceny dotyczą restauracji na Place.

Do pozytywów należy życzliwość Greków. Podam przykład. Jechaliśmy metrem do Pireusu. W pewnym momencie podano jakąś informację (jedyny raz podczas mojego kilkudniowego pobytu tylko po grecku). Wysiedliśmy. Patrzymy. Stacja metra Tavros. Rozglądamy się po peronie. Podszedł do nas pewien pan. Na oko pięćdziesięcioletni. Po angielsku poinformował nas, że na odcinku kilku następnych stacji odbywają się prace remontowe. By udać się do Pireusu należy wsiąść w autobus linii X6, który jedzie na stację Faliro, gdzie znów można skorzystać metra.. Powrót z portu następuje w taki sam sposób – metro – autobus – metro. Dodatkowo ten sympatyczny człowiek polecił nam kilka muzeów (niektóre z nich odwiedziliśmy np.: Muzeum Benaki) oraz miejsc wartych zobaczenia. To wszystko odbyło się tak po prostu, bezinteresownie i sympatycznie. Pozytywne podejście występuje również w hotelach, restauracjach i wszelakich sklepach. Można to wytłumaczyć interesownością, ale wydaje mi się, że to cecha wrodzona, genetycznie wtopiona w ten naród. Dlaczego tak myślę? Bo mimi, że w sklepach oferujących np.: pamiątki nic nie kupiłem nie przeszkadzało to sprzedawcy toczyć ze mną rozmowę. Nawet na poważne tematy, jak to się zdarzyło w sklepiku na przeciwko Teatru Hadriana, gdzie wdałem się w interesującą dyskusję na temat ikon, przedstawień Chrystusa Pantokratora, co zaowocowało rozmową o religii i jej potrzebie w życiu człowieka. A może miałem szczęście?



O grudniowej pogodzie (podczas mojego pobytu między +17 a +20 stopni C) nie ma co pisać, bo po powrocie do Polski czekały na mnie opady obrzydliwej, zimnej białej substancji oraz minusowe temperatury. Brr… Niech żyje globalne ocieplenie!



Polecam wyjazd do Grecji w okresie, kiedy panują u nas temperatury niesprzyjające normalnemu funkcjonowania. Warto zwiedzić Ateny w sposób podobny do mojego. Bez przewodnika, bez hałaśliwej wycieczki, kierując swe stopy tam, gdzie naprawdę chcemy pójść.