czwartek, 17 czerwca 2010

Sonisphere Festival 2010 – Warszawa, Bemowo

Wczoraj, 16 czerwca 2010 roku uczestniczyłem w koncercie o jakim marzyłem ponad dwadzieścia lat. Tak gdzieś od siódmej klasy podstawówki chciałem zobaczyć na żywo tzw. Wielką Czwórkę amerykańskiego thrash metalu. Metallica, Slayer, Megadeth i Anthrax na jednej scenie. Okazało się, że marzenia się spełniają.

Niniejszy tekst będzie zatem relacją z Sonisphere Festival. W moim tekście mogą paść słowa ogólnie uznane za obraźliwe, poza tym będzie on dotyczył mocnej, brutalnej muzyki. Jeżeli , drogi Czytelniku, jesteś fanem Feela, Budki Suflera lub innych krypo-gejów nie czytaj tego tekstu, bo może zaszkodzić on Twojej psychice :)

Wyjazd

Podobnie jak na koncert AC/DC do Warszawy udałem się autokarem z biura podroży. Było ok., jeśli chodzi o przejazd, niestety doświadczyliśmy kontaktu z dziwaczną panią pilot, która potraktowała nas jak szkolną wycieczkę krajoznawczą. Podczas podroży „umilała” nam czas opowieściami o rolnictwie w województwie lubelskim, następnie przeszła domawiania rozwoju przemysłu w aglomeracji warszawskiej. W pewnym momencie ktoś nie wytrzymał i poprosił ją by puściła Metallikę, ewentualnie Slayera. Kobieta zrozumiała aluzję i już więcej się nie odzywała :)

Wejście

Przy lotnisku byliśmy tak gdzieś około 14.30. Jako, że bramy były już otwarte udaliśmy się na teren lotniska. Jeśli chodzi o catering było ok., stoisk z jedzeniem (zróżnicowanym) było dość dużo, ceny znośne. Gorzej z napojami. Półlitrowa cola czy nestea to wydatek 6 złotych. Ale cóż… Człowiek spragniony nie patrzy na ceny. Z zainteresowaniem rzuciłem okiem na stoiska z gadżetami. Niestety, spotkało mnie rozczarowanie. Koszulki drogie (100 zł), w dodatku wzory dość przeciętne. Nie było niczego co wpadłoby mi w oko. Szkoda, bo miałem zamiar przywieźć sobie jakąś pamiątkę.

Mniej więcej o 15.30 udaliśmy się ku wejściu do sektora pod samą sceną (Golden Circle). I w tym momencie muszę stwierdzić, że zakup drogiego biletu (400 zł) był inwestycją trafioną. Przez większość koncertu stałem mniej więcej 10metrow od sceny mogąc obserwować zespoły nie tylko na telebimach, ale bezpośrednio.

Behemoth



Pierwszą kapelą, która miała zaprezentować się licznie zgromadzonej publiczności był polski Behemoth. Nie wiem jakim cudem ta kapela znalazła się w zasłużonym gronie. Mają widocznie genialnego menadżera, albo Doda dobrze robi loda. O 15.55 kapela wyszła na scenę. Mieli do dyspozycji nagłośnienie na pół gwizdka i dosłownie pięć Mertów sceny. Wymalowani jak idioci zaczęli grać te swoje black metale. Rzepa niemożebna. Nergal jak zwykle zachowywał się jak palant. W pewnym momencie rzucił tekst „Nie ma Boga”. A my z kolegą w tym momencie pokazaliśmy mu międzynarodowy znak pokoju. Generalnie nie rozumiem jak sprawni przecież instrumentaliści marnują swój talent na granie tak gównianej muzyki. Dodomot męczył nas aż pół godziny, co było strasznie wkurzające, bo ten czas można by przekazać kapelom, które grały później. I to z korzyścią dla słuchaczy. Ogólnie rzecz biorąc Nergal i spółka pasowali do Sonisphere jak wieprzowina do żydowskiego przyjęcia. Mogę powiedzieć im jedno - spieprzajcie do piekła! Fuck yeah!

16.25 – koniec męczarni. Na scenę wkraczają akustycy i techniczni i przygotowują scenę na prawdziwą gwiazdę. A miał nią być…



Byłem bardzo ciekawy jak wypadnie ten zespół. Bardzo ich cenię i lubię. Za mieszankę thrashu z punkiem i hardcore’m, poczucie humoru i rewelacyjne płyty z końca lat 80tych i początku 90tych. 16.50 wybiegają na scenę. Skład ze starym wokalistą. Joey Belladonna, bo o nim mowa po wielu latach powrócił do nowojorskiej kapeli. Byłem ciekaw czy na żywo śpiewa tak jak na płytach. W ogóle byłem ciekawy jak zagrają, bo przecież wspomniałem, że ich bardzo lubię.



„Caught In A Mosh” na początek. Uch! Jest czad, energia i jednocześnie zabawa na scenie. Basista Frank Bello biega i skacze jak oszalały. Belladonna biega, śpiewa i się cieszy. Jest dobrze. Za chwilę „Got The Time” z płyty „Persistence Of Time” (1990). Ten cover Joe Jacksona w wersji Anthraxu brzmi jak ich numer. Jest świetnie. A dalej „Madhouse”, „Only” (jedyny numer z okresu z Bushem na wokalu, zapowiedziany przez Belladonny następująco – „to nowy numer, znaczy nowy dla mnie, bo to z okresu, gdy nie byłem w Anthrax”), rewelacyjnie przyjęte „Antisocial”, genialne „Indians” z wplecionym motywem utworu „Heaven And Hell” Black Sabbath. To ukłon w kierunku zmarłego niedawno Ronnie James Dio. Belladonna biega po scenie w indiańskim pióropuszu. Później chóralnie odśpiewane „Efilnikufesin (Nice Fuckin’ Life)”. I za chwilę koniec, niestety. Koniec, ale za to jaki. Kolejny kawałek z genialnej płyty „Among The Living” (1987). „I Am The Law” dopełniło ten genialny koncert. Niestety, bardzo krotki. Niespełna 45 minut, ale takie są wymogi organizatorów. A szkoda. Bo Anthrax zagrał żywiołowo i w dodatku składankę utworów typu „the best of”. Chciało by się posłuchać ich dłużej. Muzycy na luzie, zadowoleni, Belladonna kilkakrotnie dziękował fanom za wsparcie i pojawienie się na koncercie. Na koniec koncertu Beladonna stwierdził „Anthrax is back. God bless you all”, a Scott Ian, lider zespołu obwieścił „Przygotujcie się na nową płytę i koncerty. Wróciły do was niebawem. Dziękujemy, że przyszliście”. Doskonali instrumentaliści – szczególną uwagę zwróciłbym na perkusistę Charliego Benante. Koleś wie, co to znaczy grać. I to wie bardzo dobrze. Uczcie się frajerzy z Dodomota :) Jeśli Anthrax przyjedzie do naszego kraju na pewno pojawię się na koncercie. I wszystkich fanów mocnej muzyki gorąco do tego namawiam. Cholera nie udało mi się złapać pałeczki wyrzuconej w tłum. Chwycił ją koleś stojący dosłownie półtora metra ode mnie...



Dużo sobie obiecywałem po koncercie Megaśmierci. Po pierwsze to jeden z moich ulubionych zespołów thrashowych, po drugie chodziły plotki, że Mustaine i spółka grają na żywo cały materiał z kultowej płyty „Rust In Peace”. Do okładki tejże płyty nawiązywała scenografia na scenie. Przy okazji dodam, że scenografia Anthrax była związana z okładką do albumu „Among The Living”.



18.02. Na scenę wychodzi Megadeth. Mustaine w dżinsach i białej koszuli z zakasanymi rękawami, reszta na czarno. Bez słowa zaczynają „Holy Wars” ze wspomnianego „Rust In Peace”. Nie jest dobrze. Coś jest nie tak z nagłośnieniem. Wokal Mustaine’a miejscami niknie, gitary nie mają mocy. Rudy podchodzi do konsoli i daje wskazówki, ale niewiele to pomaga. Dalej „Hangar 18”, gdzie gitarzysta Chris Broderick (kiedyś zespół Nevermore) zmienia częściowo solówki grane w oryginale przez Marty Friedmana. Kolejny numer – „Take No Prisoners”. Czyli jednak dostaniem „Rust In Peace” w całości na żywo. Tylko, że brzmienie nie to. Uległo ono poprawie przy Down Patrol” (dopiero!) i utwór tytułowy zabrzmiał już całkiem dobrze. Po tym secie Mustaine wita się z publicznością, dziękuje za przyjście. Widać, że już się wyluzował i cieszy go reakcja fanów. A ta jest niesamowita. Okrzyki „Megadeth! Megadeth!” udowadniają, że kapela Rudego cieszy się zasłużonym szacunkiem miłośników ciężkiego grania. Ciekawostka – podczas utworu „Rust In Peace” obok dźwiękowca pojawił się James Hetfield i zainteresowaniem oglądał Megadeth na żywo. Przy tym rytmicznie machał głową.



Kolejne utwory. „Rewelacyjnie zagrany Head Crusher” z płyty „Endgame” zadedykowany fanom stojącym na końcu płyty lotniska, poźniej fenomenalne „Sweating Bullets” i „Symphony Of Destruction”, a na koniec „Peace Sells” wykonane z werwą godną młodych atletów. Podczas ostatniego tworu Mustaine prezentuje zespół, jeszcze raz dziękuje fanom, a siebie przestawia w dowcipny sposób mówiąc: „You know me”. „Peace Sells” kończy się repryzą fragmentu „Holy Wars”. Mustaine rzuca „God bless you all”. Godzina grania i koniec. Czuje się niedosyt.

Generalnie koncert dziwny. Odważny krok zagrania „Rust…” w całości sprawdziłoby się w klubie na kilka tysięcy. Podczas koncertu plenerowego wystarczyłyby by hity typu „Holy Wars” czy „Hangar 18”. Mustaine powinien wziąć wzór z Anthraxu jeśli chodzi o sposób doboru repertuaru. Grupie zaszkodziły problemy techniczne za które trudno jest winić muzyków, ale niedosyt pozostał. Ale solowki Rudego i Brodericka to jest miazga. Ludzie! Słuchajta i uczta się!

Zmiana sceny i nerwowe odliczanie. Bo o 19.30 na scenę wyjdzie…



Dave Mustaine ma podobno zapisane w kontrakcie, że nie gra po zespole Slayer. Bo to nie ma sensu. Muszę przyklasnąć temu pomysłowi, bo po Slayerze może grać tylko Metallica, Iron Maiden, pewnie AC/DC dałoby radę. I tyle. Ale ta maszyna, perfekcyjna rzeźnicza maszyna dźwięków zmiata sprzed siebie wszystko i wszystkich.
Zaczęli ostro. Tytułowy kawałek z ostatniej płyty „World Painted Blood”. Araya w czerwonym t-shircie, Kerry King z pieszczochą, Lombardo jak zwykle w czapce-bejsbolowce, Hanneman na czarno.

Tłum śpiewa:

Word painted blond
No sanctuary


Maszyna się rozpędza, zbiera żniwo, chłopaki grają jak w transie. Godzinny set to praktycznie sama klasyka. „Dead Skin Mask” i „War Ensamble” z genialnego krążka „Sesaons In The Abbys”, „Angel Of Death” i „Raining Blood” (na koniec setu) z „Reign In Blood”, tytułowy kawałek z „Show No Mercy”, utwór tytułowy (cuary na plecach) i „Mandatory Suicide” z „South Of Heaven”, „Chemical Warfare z EPki “Hainting The Chapel”. Z nowszych rzeczy, oprócz wspomnianego przeze mnie utworu tytułowego z ostatniej płyty tylko “Disciple” z “God Hates Us All”. Szaleństwo na scenie i na widowni. Slayer rządzi, kopie dupy frajerom i głosi historie o zdegenerowanych istotach władających Ziemią, których głównym celem jest zabijanie i niszczenie siebie nawzajem. Trudno ubrać w słowa ten show. Fani to kochają, przeciwników się nie przekona.



Kilka osobnych zdań chciałem poświęcić najlepszemu perkusiście na świecie. Dave Lombardo, bo o nim mowa, gdyby ktoś się nie domyślił, to wulkan energii, w dodatku precyzyjny i pewny jak śmierć. Facet gra na żywo lepiej niż na płytach. O ile w ogóle można to sobie wyobrazić. Skończony geniusz, zresztą udowodnił to grając nie tylko w ansamblu Slayer, ale również w Fantomasie, Grip Inc czy na płytach Johna Zorna.



20.30 – na scenę pakuje się obsługa techniczna i zaczyna ustawiać scenę dla gwiazdy wieczoru, czyli zespołu metal lica. Nie ma się co oszukiwać, zdecydowana większość fanów przyszła tu głownie dla nich. Zmiany sceny i ustawień trwają do 21.00. Ale na zespól trzeba czekać jeszcze 15 minut. Może wynikało to z faktu, że Metallica dysponowała efektami pirotechnicznymi i pełnym oświetleniem. Poza tym za sceną mieszczono olbrzymi telebim. Tak więc piętnaście po dziewiątej na telebimach widzimy fragment filmu „Dobry, zły i brzydki” z melodią „Ecstasy Of Gold” autorstwa Ennio Morricone. Tłum rusza do natarcia na scenę. W tym momencie muszę się ewakuować kilka metrów do tyłu, bo napór tłumu niemożliwy do wytrzymani. A udało mi się przetrwać koncert Slayera między dwoma młynami. I wszystko było w porządku. No cóż.. Uroki koncertów plenerowych.

„Creeping Death”. Mocny początek. Panowie zadowoleni, widzą ten olbrzymi tłum i wiedzą, że fani są już zadowoleni. Jadą więc na maxa. „For Whom The Bell Tolls”. Super, ale… No właśnie. Jedno małe ale. A jest nim pan Lars Ulrich, perkusista, który dwadzieścia kilka lat temu, gdy wyszła płyta „…And Justice For All” był uznawany za najlepszego w swym fachu. Ale to było dawno. Ulrich nie poszedł do przodu. Zatrzymał się w miejscu i co gorsza zaczął robić błędy (kolejny zdarzył mu się podczas „One”). Jak we wspomnianym kila linijek wyżek kawałku z „Ride The Lighning”. Dalej „Fuel” z płyty „Reload”. Nie lubię tego okresu w twórczości Metalliki, ale utwór wypadł całkiem nieźle. Cofamy się do korzeni. „The Four Horsemen” z „Kill ‘Em All”. Marzenie każdego starego fana. A później? Nie będę opisywał co grano po kolei, tylko skupię się na repertuarze biorąc pod uwagę płyty z krórych utwory pochodzą. Niepotrzebne trzy utwory z „Death Magnetic. „That Was Just Your Life” jeszcze uszło, ale dwa inne niestety nie wytrzymują porównania ze starym repertuarem. Z „Ride The Lighning”, oprócz wspomnianych powyżej jeszcze „Fade To Black”, z „Master Of Puppets” tytułowy i „Welcome Home (Sanitarium)?” – Miałem łzy w oczach, z „... And Justice…” „One” i mój ukochany „Blackened” – świetnie, że to zagrali, bardzo mnie to ucieszyło, bo nie jest to utwór należący do żelaznego repertuaru koncertowego. „Z „Czarnego albumu” – „Enter Sandman”, zadedykowane pozostałym zespołom z Wielkiej Czwórki „Sad But True” i „Nothing Else Matters”. Godzina czterdzieści pięć minut grania i koniec. No, nie do końca. Muszą być bisy. Metallica jako jedyna ma prawo bisować. Wychodzą.



Hetfield mówi, że to jest część koncertu, gdy oddają hołd zespołom, które sprawiły czym stała się Metallica. „Stone Cold Crazy” Queenu, bardzo fajna, żywiołowa punkowa wersja. A za chwilę „Hit The Lights” z „Kill ‘Em All”. Wracamy do korzeni…

No life till leather
We are gonna kick some ass tonight
We got the metal madness
When our fans start screaming
It's right well alright
When we start to rock
We never want to stop again

Hit the lights


Tak… Mam nadzieję, że nie przestaną…

W tym momencie mały beton. Obok mnie stała para, tak na oko dwudziestolatków. Koleś mówi do towarzyszącej mu dziewczyny – „Hmm… Nie znam tego utworu. To chyba jakiś cover”. W tym momencie prawie dostałem zawału. Koniec. Ulrich się zbiera. Publiczność skanduje „Metallica! Metallica!”. Hetfield odwraca się do perkusisty i mówi „jeszcze nie skończyliśmy”. Zapowiada ostatni kawałek. „Seek And Destroy” chóralnie odśpiewany przez publiczność. Zresztą większość kawałków śpiewana była z publicznością. Sam zdarłem gardło. Godzina 23.20 – to już naprawdę koniec.

Metallica robi show. Pokazy pirotechniczne, filmy na telebimach, sztuczne ognie. To wszystko w połączeniu z muzyką robi olbrzymie wrażenie. Chłopaki dają z siebie wszystko, a jednocześnie grają na luzie, cieszy ich to co robią. Największa kapela świata? Może…

Warto podkreślić jeszcze to co Hetfield jest w stanie zrobić z publicznością, która na jedno jego skinienie śpiewa, klaszcze, skanduje. Mistrz ceremonii – master of puppets… He, He, trochę ironicznie to zabrzmiała, ale należy to rozumieć w sensie pozytywnym. Facet stara się by na jego koncercie ludzie dobrze się bawili i wyszli zadowolenie. Zresztą Hefield kilka razy dziękował fanom za wieloletnie wsparcie i przypominał, że jesteśmy świadkiem tworzenia się historii – to pierwszy koncert Wielkiej Czwórki.

Jest prawie pól do dwunastej. Od 15.40 jestem na nogach. Nie siadłem ani na chwilę. Adrenalina jeszcze trzyma, ale czuję, że bolą mnie nogi, łupie w krzyżu (tyle godzin stania!), kark od machania posępnym czerepem… Czeka mnie jeszcze prawie czterdzieści minut spaceru do autokaru. Ale jestem szczęśliwy. Zobaczyłem to co chciałem. Marzenie się spełniło. Życie jest piękne i cudowne. Thrash till death!

Na koniec kilka luźnych uwag:

1. Warto kupić droższy bilet pod scenę.
2. Thrash till death.
3. Chcemy więcej takich koncertów.
4. Marzenia się spełniają.
5. Patrz punkt 2.
6. Thank you for reading this shit.
7. Przepraszam za słabą jakość zdjęć. Robiłem je telefonem.
8. Więcej grzechów nie pamiętam :)

4 komentarze:

vaik pisze...

Tym razem nie mogłem przybyć. I przez Ciebie żałuję jeszcze bardziej, niż do tej pory ;). Jak przyjadą następnym razem, to się na pewno stawię. Z synem ;)

Suebellicious. pisze...

Bardzo zazdroszczę.

Swoją drogą piszesz tak, że nie ma bata, notki trzymają przy monitorze do ostatniej kropki. :)

walkingfear pisze...

@Suebellicious.

Dziękuję za miłe słowa :)

Czokapu pisze...

Suebellicious pisze: (...) piszesz tak, że nie ma bata, notki trzymają przy monitorze do ostatniej kropki. :)

Dokładnie! Nawet jeśli muzycznie to nie do końca moje klimaty.