Kilka dni temu miała miejsce polska premiera autobiografii „Ja, Ozzy”. Autobiografii? To ten facet umie pisać i czytać? Okazało się, że potrafi przynajmniej opowiadać. I to wystarczyło.

Zaczyna się od dzieciństwa. Uboga rodzina zamieszkująca dzielnicę Aston w Birmingham. Problemy w szkole i poza nią. Kradzieże, łobuzerka, wreszcie kilkutygodniowy pobyt za kratkami.
Na przekór chęciom wcale nie byłem złym człowiekiem. Chciałem tylko, żeby nie dokuczały mi bandy z okolicy. Pamiętam, jakie organizowaliśmy zabawy. Gdy walczyły ze sobą ulice, obrzucaliśmy się kamieniami, a z klap od kubłów robiliśmy tarcze, zupełnie jak Grecy w walce z Rzymianami. Było fajnie, aż ktoś oberwał w twarz kamieniem i pojechał na oddział doraźnej pomocy z okiem zalanym krwią. Bawiliśmy się też w wojnę. Robiliśmy nawet własne bomby. Brało się kupę petard za pensa, wysypywało proch, zgniatało koniec miedzianej tubki, wierciło w środku otwór, wsypywało do środka proch, zawijało drugi koniec, brało lont z petardy i wkładało go do otworu. Teraz wystarczyło tylko zapalić zapałkę. A potem spierdalać, i to szybko.
Bum!
He, he, he…
W końcu kariera muzyczna. Czterech kumpli. Nie potrafili grać. Ale chcieli. Początki zawsze są trudne. A kilka lat później zmienili oblicze rocka. Jak im się udało? Jak wielu innym przed nimi i po nich. Upór, determinacja i talent. Trochę szczęścia. Czasami los płata figle. Gdyby nie muzyka Ozzy skończyłby prawdopodobnie w więzieniu.
To ważna książka. Szczera. Refleksja gwiazdy rocka, który nie wszystko dobrze pamięta (ach! te uzależnienia, które potrafią wymazać z pamięci tyle wydarzeń), ale próbuje opowiedzieć o swoim życiu. Nie tylko o dokonaniach pozytywnych, bo te są dla wszystkich jasne. Miliony sprzedanych płyt i setki godzin niezapomnianej muzyki. Ale w tej książce oprócz kwestii związanych z karierą muzyczną Ozzy dobitnie stwierdza – jestem alkoholikiem, jestem narkomanem, moje uzależnienia niszczyły mnie i moich bliskich. Byłem złym mężem i ojcem. Byłem samolubny i słaby. Robiłem złe rzeczy. Ale jednocześnie pisze – uratowała mnie miłość do Sharon, mojej żony. Miłość do dzieci. Po prostu miłość. Niektóre fragmenty książki są aż tak szczere, że aż przykro je się czyta. Chciało by się krzyknąć „kurwa, człowieku, co ty robiłeś?”. Przejmującym fragmentem jest opis okoliczności tragicznej śmierci Randy Rhoadsa. I widać, że Ozzy żałuje tego zdarzenia, choć w żadnym przypadku się do niego nie przyczynił (w przeciwieństwie do innych rzeczy opisanych w autobiografii, jak chociaż wyżej wspomniane niszczące relacje z domownikami wynikające z uzależnienia). Mocnym tematem jest opis działań a alkoholowym amoku. Ozzy opisuje sytuacje gdy zastrzelił z dubeltówki stadko kur, które trzymał w swej posiadłości. Beznamiętnie, planowo, praktycznie bez celu, tylko dlatego, że „kury są zepsute i nie znoszą jajek”. Studium człowieka opanowanego przez uzależnienie. Intrygujące i przerażające zarazem.
Książka porusza praktycznie wszystkie aspekty życia wokalisty Black Sabbath. Zarówno proces nagrywania płyt, trasy koncertowe czy negocjacje dotyczące kontraktów. Mamy też potężny zbiór anegdot, tym razem ujętych z punktu widzenia Ozzy’ego. Odgryzanie głów gołębiom i nietoperzom, aresztowania za pijaństwo i przemoc w rodzinie. Pobyty w klinikach odwykowych mieszają się z opisem imprez. Groupies i gwiazdy rocka. Wizyta u królowej Elżbiety II i Ozzfest. Wielu osobom zabrakłoby jednego życia by doświadczyć tego wszystkiego. I pozostać żywym. W pewnym miejscu pada stwierdzenie, że tacy ludzie jak Lemmy, Keith Richards czy rzeczony autor książki nie powinni już żyć ze względu na ilość środków „rozweselających”, które przyjęli. Ciekawym fragmentem jest moment, gdzie Ozzy odżegnuje się od jakichkolwiek związków z satanizmem czy okultyzmem. A należy pamiętać, że mroczny image Sabbathów przyciągał miłośników tego typu doświadczeń. Wokalista przyznaje, że niektóre pomysły wychodziły od strony wytwórni płytowej, jak chociażby odwrócony krzyż we wnętrzu płyty „Black Sabbath”. Jednocześnie pisze o tym, że jakikolwiek okultyzm nie interesował członków zespołu, była to pewna kreacja, powielana zresztą w latach późniejszych przez różnych epigonów.
Pewnego dnia Tony wziął niebieską farbę w sprayu, schował się za balustradą, a kiedy Bill zaczął lać, popsikał mu fujarę. Cóż to był za wrzask! Po prostu odjazd. Aż nagle po dwóch sekundach Bill robi się blady, fika kozła nad balustradą i stacza się ze stoku.
Mówię do Tony’ego:
– Daj, zerknę na tę farbę, dobra?
Podaje mi ją, a tam z boku dużymi drukowanymi literami napis:
UWAGA! UNIKAĆ KONTAKTU ZE SKÓRĄ. MOŻE SPOWODOWAĆ WYSYPKĘ, OPARZENIE, DRGAWKI, WYMIOTY I/LUB OMDLENIE. JEŚLI WYSTĄPI JEDEN Z TYCH OBJAWÓW, NALEŻY ZASIĘGNĄĆ PORADY LEKARSKIEJ.
– E, nic mu nie będzie – mówię.
Faktycznie nic mu nie było. Tyle że przez jakiś czas miał niebieskiego fiuta.
Zabrakło mi w tej książce większych fragmentów dotyczących muzyki i muzyków, szczególnie z okresu kariery solowej. Ozzy, oczywiście, ciepło wspomina Randy Rhoadsa, opisuje jak wspaniale komponowało im się wspólnie. Natomiast Zakkowi Wylde, gitarzyście i kompozytorowi, który towarzyszył wokaliście przez ponad dwadzieścia lat kariery poświęca dosłownie kilka zdań. Może to wynik rozstania muzycznego z teksańskim wirtuozem, które było dość burzliwe. Bądź co bądź na końcu książki znajdują się podziękowania dla Zakka i jego rodziny (Ozzy jest ojcem chrzestnym jednego z synów Wylde'a). Jednak pewien niedosyt pozostaje. To samo dotyczy relacji z pozostałymi członkami Black Sabbath. Kilka lat temu miał miejsce kolejny proces o prawa do nazwy zakończony ugodą. Ozzy pozytywnie wspomina swych kolegów, ale niektórych informacji zabrakło. Ale to w sumie autobiografia Osbourne’a i jego punkt widzenia. Kto chce faktów zawsze może sięgnąć po którąś z licznych nieautoryzowanych biografii, czy to zespołu, czy to samego wokalisty.
Tak kilka słów na koniec. Książka dla fanów jest z kategorii „must read”. Inni, którzy znają Ozzy’ego li tylko z reality show „The Osbournes” mogą sięgnąć po książkę z ciekawości kim jest koleś określany Księciem Ciemności. Lektura „Ja, Ozzy” nie będzie czasem straconym. Polecam.
Cytowane fragmenty książki pochodzą z tej strony.



9 komentarze:
To może być intrygująca książka. Recenzja potwierdza jednak moje obawy, iż zachwiane mogą być proporcje pomiędzy opisem Ozzyego jako artysty i jako skandalisty.
@vaik
Tak. Te proporcje są zachwiane. Może po prostu Ozzy, biorąc pod uwagę fakt sprzedaży iluś tam dziesiątek milionów egzemplarzy płyt, tłumów na koncertach, gwiazdy na Sunset Blvd etc. doszedł do wniosku, że warto raczej skupić się na opisie skandali i swoich zachowań z okresu nałogowej degustacji używek. Tylko, że dodał do tego refleksje, że te wyskoki były czymś złym. Dla niego i dla rodziny.
A lektura zaiste pasjonująca. 400 stron "łyknąłem" w jeden wieczór.
Już widzę tę interlinię, czcionkę i marginesy - a i pewnie liczba zdjęć imponująca ;)
kpiarz/kpiarz ;)
Wyczerpująca recenzja (swoja droga dobrze napisana) i choć nie wezmę się za czytanie autobiografii ze względu na brak czasu to z pewnością polecę książkę zainteresowanym:)
Wyczerpująca recenzja (swoja droga dobrze napisana) i choć nie wezmę się za czytanie autobiografii ze względu na brak czasu to z pewnością polecę książkę zainteresowanym:)
@Justyna
Dziękuje za miłe słowa :)
najlepsze jest to ze ozzy niedlugo zagra koncert w polsce :) czekam czekam czekam...
Ja też. Ale dzień wcześniej jest Judas Priest w Katowicach... Trzeba się będzie na coś zdecydować.
Przeczytałam, i uważam, że książka jest po prostu świetna, polecam ją każdemu, nie tylko fanom jego twórczości, bo to nie jest książka o muzyce, to szczera historia gwiazdy rocka, która naprawdę robi wrażenie
Prześlij komentarz