Po zeszłorocznym koncercie
Acid Drinkers czułem pewien niedosyt. Przebieg wydarzeń
opisałem i każdy może sprawdzić o co chodziło. Dlatego oczekując na lubelski event w ramach trasy „My name is Dick. Fish Dick!” zacierałem ręce ze zniecierpliwienia. Informacje, które mogłem przeczytać na
forum zespołu napawały optymizmem. Koncert w Graffiti (niedziela, 19 grudnia) był ostatnim na trasie, byłem więc ciekaw co wydarzy się podczas ukoronowania udanego tournee.
Pod klubem zjawiłem się kilkanaście minut po siódmej. O dziwo nie było kolejki i bez zbędnego marznięcia na dworze można było po prostu wejść do środka. Co, wraz z grupą znajomych uczyniłem. W środku nie było jeszcze ścisku. Jeden minus. Ze względu na idiotyczny zakaz palenia nie można rozkoszować się dymkiem. Właściciel klubu nie zadbał o wydzieloną salę. Super. Ale pomysłowość rodaków nie zna granic. Obserwując salę zauważyliśmy, że części klienteli na dłużej znika w toalecie. Gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że wokół WC unoszą się kłęby dymu, a w samym kibelku powiesić można nie tylko siekierę, ale i dwudziestotonowego tira. Po kilkunastu minutach utworzyła się samoistnie palarnia również w przejściu obok toalet. Tam nawet dało się oddychać przez 30 sekund. Cała sytuacja pokazuje jak durnym jest ten zakaz palenia. Bo ludzie i tak złamią przepisy, a trudno wyegzekwować zakaz od stuosobowego tłumu. Na pohybel ustawodawcom!

Punktualnie o dwudziestej zaczął grać suport, którym była bliżej mi nieznana grupa Mouga. Taki core z elementami metalu. Średnie nagłośnienie (mało selektywna perkusja, stopy nie można było w ogóle wyłowić z ławicy dźwięków), wtórna muza (skojarzyła mi się z Pro-Pain, ale to tylko obnaża poziom polskiej grupy), ale chłopaki nadrabiali energią i szaleństwem na scenie. Trochę ludzi poskakało, ja wraz ze znajomymi zajęliśmy się konwersacją przy barze.
O dwudziestej pierwszej na scenę wyszła gwiazda wieczoru. Oczywiście przy aplauzie licznie zgromadzonej publiczności (na Sali był prawie komplet). Zaczęło się od „Ring Of Fire” Johnny’ego Casha. Czad, luz, w pewnym momencie Titus zaczął śpiewać „Fifht Fire With Fire”. Było zabawnie. Na drugi ogień „Hit The Road Jack”. Covery z „Fishdick Zwei” sprawdzają się na żywo, nie ma dwóch zdań. Chwilę później wycieczka w przeszłość. „Hyperenigmatic Stuff Of Mr Nothing”. Uff! Jest dobrze, kawałki z „Infernal Connection” to przecież klasa sama w sobie. Walec pod nazwą Acid Drinkers to show, energia i jednoczesny luz. Titus zapowiada „Bring It On Home”, kawałek znany z wykonania Led Zeppelin. Na żywo wypada on lepiej niż na
płycie. A co dalej. Mieszanka „the best of..” z kawałkami z najnowszej płyty. Były i „Poplin Twist” , „Slow And Stoned” i „Hot Stuff” zaśpiewane przez Jankiela. Mieliśmy poza tym (kolejność podana przeze mnie nie jest zgodna z ogrywaniem kawałków na koncercie) „The Joker”, „Pump The Plastic Heart”, „Rattlesnake Blues”, „Rubber Hammer & Broken Head”, „Swallow The Needle”, „Barmy Army”, „Drug Dealer”, „Track Time 66.6” oraz „Bad Reputation”, fragment „Detroit Rock City” i brawurowo wykonane przez Ślimaka „Et si tu n'existe pas” z repertuaru Joe Dassina. Pod koniec tej spokojnej, wydawało by się piosenki, perkusista szalał na scenie wywalając statyw od mikrofonu. Po godzinie i dwudziestu minutach Acidzi zeszli ze sceny. Trochę krótko, myślę sobie, ale przecież będą jeszcze bisy.
Bisy to największe zaskoczenie. Grupa wraca na scenę wraz z Anią Brachaczek z zespołu Biff. Wszsycy powiewają się hiciora w postaci „Love Shack, a słyszymy… „The Way You Make Me Feel” Michaela Jacksona. O w mordę! Powalająca wersja, szkoda, że zabrakło jej na „Fishdick Zwei”. Następnie „Love Shack”. To oczywiste. Pod koniec utworu Ania, mimo oporów, ląduje na rękach publiczności, ale po chwili ucieka na scenę uratowana przez Popcorna. Titus mówi „jeszcze z wami nie skończyliśmy”. Na scenie pojawia się kilka dodatkowych osób, jak mniemam, byli to fani wybrani z sali. Wraz z nimi Acid Drinkers wykonuje „Wild Thing”. Nie muszę chyba dodawać, że na widowni i scenie jest pełne szaleństwo. A później? Wszyscy stają, z taśmy leci „Always Look On The Bright Side Of Life”, które natychmiast zostaje podchwycone przez publiczność. To już niestety koniec. Ale było świetnie. Dziękujemy wam Kwasożłopy. Do zobaczenia za rok.
Co mogę jeszcze dodać? Cóż… Po pierwsze – doskonałe tempo koncertu, świetne wyważenie nastroju. Po drugie – luz na scenie, żarty, zabawa, radość z grania. Trochę wygłupów. Popcorn wpadający na dziewczynę pragnącą skoczyć ze sceny (wyglądało jakby chciał skoczyć wraz z nią). Stage diving, moshing i metal thrashing mad.
Na koniec kilka słów refleksji. Graffiti jest fajne, ale… Właśnie, dużo tych „ale” można by zamieścić. Duszno (w pewnym momencie z sufitu ciekło skroplone powietrze wymieszane z potem), brak dobrej wentylacji i za mało miejsca. Jak to, kurwa, możliwe, że w mieście, gdzie mieszka prawie 400 tysięcy ludzi nie było dobrej sali na koncert? Cholera by to wzięła. Ale to już temat na zupełnie inną rozmowę.
Przy okazji - na
stronie oficjalnej Acid Drinkers jest zamieszczony komiks dowcipnie ilustrujący powstanie zespołu. Polecam.