wtorek, 21 grudnia 2010

Zapowiada się piękny rock

Koniec bieżącego roku obfituje w informacje o czekających nas w 2011 atrakcjach koncertowych. O części z nich było już wiadomo od kilku miesięcy, o pozostałych dowiedziałem się wciągu ostatnich kilku dni.

Na pierwszy ogień idzie Black Label Society. Kapela Zakka Wylde’a zagra w warszawskiej Stodole 9 marca 2011. Muszę się pochwalić, że mam już bilet. Bardzo się cieszę, że w końcu będę mógł zobaczyć jednego z najlepszych gitarzystów świata na żywo. Ostatnia płyta BLS „Order Of The Black” długo gościła w moim odtwarzaczu, a nie muszę dodawać, że jak każdy fan czekam też na stare kawałki. A może jakaś niespodzianka? Chociażby set akustyczny. Zdarzało się to już na koncertach BLS, więc może i w Warszawie…



11 kwietnia 2011. Łódź, Atlas Arena. W ramach trasy „European Carnage Tour” zagrają Slayer i Megadeth. Koncert Slayera na Sonisphere był niesamowitym przeżyciem, zresztą pisałem o tym w swej relacji z festiwalu. W hali wrażenia mogą być jeszcze lepsze. Megadeth to od ponad 20 lat jedna z moich ulubionych kapel metalowych, więc nie muszę dodawać, że już się cieszę.



Na deserek kolejna edycja Sonisphere. Gwiazdą główną będzie Iron Maiden, potwierdzony został udział Motorhead (Lemmy rulez!). Plotki głoszą, że dołączą do nich Rammstein, Slipknot i Acid Drinkers.



Ze znajomymi rozmawiamy też o wyjeździe na Wacken. Lista zespołów przyprawia o drżenie serca każdego fana ciężkiej muzy. Ozzy Osbourne, Motorhead, Judas Priest, Suicidal Tendencies, Sodom... Cena to 120 euro. Całkiem zachęcająca.

Podsumowując muszę przyznać, że szykuje się świetny rok koncertowy. Byleby pieniędzy starczyło :)

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Fishdick Zwei live aus Lublin

Po zeszłorocznym koncercie Acid Drinkers czułem pewien niedosyt. Przebieg wydarzeń opisałem i każdy może sprawdzić o co chodziło. Dlatego oczekując na lubelski event w ramach trasy „My name is Dick. Fish Dick!” zacierałem ręce ze zniecierpliwienia. Informacje, które mogłem przeczytać na forum zespołu napawały optymizmem. Koncert w Graffiti (niedziela, 19 grudnia) był ostatnim na trasie, byłem więc ciekaw co wydarzy się podczas ukoronowania udanego tournee.

Pod klubem zjawiłem się kilkanaście minut po siódmej. O dziwo nie było kolejki i bez zbędnego marznięcia na dworze można było po prostu wejść do środka. Co, wraz z grupą znajomych uczyniłem. W środku nie było jeszcze ścisku. Jeden minus. Ze względu na idiotyczny zakaz palenia nie można rozkoszować się dymkiem. Właściciel klubu nie zadbał o wydzieloną salę. Super. Ale pomysłowość rodaków nie zna granic. Obserwując salę zauważyliśmy, że części klienteli na dłużej znika w toalecie. Gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że wokół WC unoszą się kłęby dymu, a w samym kibelku powiesić można nie tylko siekierę, ale i dwudziestotonowego tira. Po kilkunastu minutach utworzyła się samoistnie palarnia również w przejściu obok toalet. Tam nawet dało się oddychać przez 30 sekund. Cała sytuacja pokazuje jak durnym jest ten zakaz palenia. Bo ludzie i tak złamią przepisy, a trudno wyegzekwować zakaz od stuosobowego tłumu. Na pohybel ustawodawcom!



Punktualnie o dwudziestej zaczął grać suport, którym była bliżej mi nieznana grupa Mouga. Taki core z elementami metalu. Średnie nagłośnienie (mało selektywna perkusja, stopy nie można było w ogóle wyłowić z ławicy dźwięków), wtórna muza (skojarzyła mi się z Pro-Pain, ale to tylko obnaża poziom polskiej grupy), ale chłopaki nadrabiali energią i szaleństwem na scenie. Trochę ludzi poskakało, ja wraz ze znajomymi zajęliśmy się konwersacją przy barze.

O dwudziestej pierwszej na scenę wyszła gwiazda wieczoru. Oczywiście przy aplauzie licznie zgromadzonej publiczności (na Sali był prawie komplet). Zaczęło się od „Ring Of Fire” Johnny’ego Casha. Czad, luz, w pewnym momencie Titus zaczął śpiewać „Fifht Fire With Fire”. Było zabawnie. Na drugi ogień „Hit The Road Jack”. Covery z „Fishdick Zwei” sprawdzają się na żywo, nie ma dwóch zdań. Chwilę później wycieczka w przeszłość. „Hyperenigmatic Stuff Of Mr Nothing”. Uff! Jest dobrze, kawałki z „Infernal Connection” to przecież klasa sama w sobie. Walec pod nazwą Acid Drinkers to show, energia i jednoczesny luz. Titus zapowiada „Bring It On Home”, kawałek znany z wykonania Led Zeppelin. Na żywo wypada on lepiej niż na płycie. A co dalej. Mieszanka „the best of..” z kawałkami z najnowszej płyty. Były i „Poplin Twist” , „Slow And Stoned” i „Hot Stuff” zaśpiewane przez Jankiela. Mieliśmy poza tym (kolejność podana przeze mnie nie jest zgodna z ogrywaniem kawałków na koncercie) „The Joker”, „Pump The Plastic Heart”, „Rattlesnake Blues”, „Rubber Hammer & Broken Head”, „Swallow The Needle”, „Barmy Army”, „Drug Dealer”, „Track Time 66.6” oraz „Bad Reputation”, fragment „Detroit Rock City” i brawurowo wykonane przez Ślimaka „Et si tu n'existe pas” z repertuaru Joe Dassina. Pod koniec tej spokojnej, wydawało by się piosenki, perkusista szalał na scenie wywalając statyw od mikrofonu. Po godzinie i dwudziestu minutach Acidzi zeszli ze sceny. Trochę krótko, myślę sobie, ale przecież będą jeszcze bisy.

Bisy to największe zaskoczenie. Grupa wraca na scenę wraz z Anią Brachaczek z zespołu Biff. Wszsycy powiewają się hiciora w postaci „Love Shack, a słyszymy… „The Way You Make Me Feel” Michaela Jacksona. O w mordę! Powalająca wersja, szkoda, że zabrakło jej na „Fishdick Zwei”. Następnie „Love Shack”. To oczywiste. Pod koniec utworu Ania, mimo oporów, ląduje na rękach publiczności, ale po chwili ucieka na scenę uratowana przez Popcorna. Titus mówi „jeszcze z wami nie skończyliśmy”. Na scenie pojawia się kilka dodatkowych osób, jak mniemam, byli to fani wybrani z sali. Wraz z nimi Acid Drinkers wykonuje „Wild Thing”. Nie muszę chyba dodawać, że na widowni i scenie jest pełne szaleństwo. A później? Wszyscy stają, z taśmy leci „Always Look On The Bright Side Of Life”, które natychmiast zostaje podchwycone przez publiczność. To już niestety koniec. Ale było świetnie. Dziękujemy wam Kwasożłopy. Do zobaczenia za rok.

Co mogę jeszcze dodać? Cóż… Po pierwsze – doskonałe tempo koncertu, świetne wyważenie nastroju. Po drugie – luz na scenie, żarty, zabawa, radość z grania. Trochę wygłupów. Popcorn wpadający na dziewczynę pragnącą skoczyć ze sceny (wyglądało jakby chciał skoczyć wraz z nią). Stage diving, moshing i metal thrashing mad.

Na koniec kilka słów refleksji. Graffiti jest fajne, ale… Właśnie, dużo tych „ale” można by zamieścić. Duszno (w pewnym momencie z sufitu ciekło skroplone powietrze wymieszane z potem), brak dobrej wentylacji i za mało miejsca. Jak to, kurwa, możliwe, że w mieście, gdzie mieszka prawie 400 tysięcy ludzi nie było dobrej sali na koncert? Cholera by to wzięła. Ale to już temat na zupełnie inną rozmowę.

Przy okazji - na stronie oficjalnej Acid Drinkers jest zamieszczony komiks dowcipnie ilustrujący powstanie zespołu. Polecam.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

wtorek, 7 grudnia 2010

Kult – na żywo, ale bez prądu

W ostatnią niedzielę włączyłem sobie MTV i obejrzałem koncert zespołu Kult w wersji unplugged. Był to, o ile się nie mylę trzeci koncert polskiego wykonawcy w tej serii (wcześniej występował Hey i Wilki). Byłem ciekawy jak wypadną „kultowe” utwory w wersjach akustycznych i nie zawiodłem się. Z kronikarskiego obowiązku informuję, że koncert zarejestrowano 22 września w warszawskim OCH Teatrze.



Ekipa Kazika Staszewskiego zachowała się jak zwykle niestandardowo. Zamiast zarejestrować typowy zestaw „greatest hits” muzycy zaprezentowali dość szeroki i reprezentatywny wybór swoich dokonań. Cieszę się, że oprócz oczekiwanych przez publiczność hitów typu „Polska”, „Celina” czy „Gdy nie ma dzieci” sięgnięto po doskonałe aczkolwiek rzadko grane utwory. Kult zaprezentował m.in. „Post”, „1932 Berlin”, „Tan”, „Czterech jeźdźców” czy „Mędraków”. Tych numerów koncertowa publiczność nie słyszała już od dawna. W tym przypadku mieliśmy możliwość ich posłuchać (i zobaczyć) w niestandardowych wersjach. Koncert był długi, okraszony kilkoma niespodziankami. Pierwszą byli goście. Sama obecność innych artystów zaproszonych do udziału w koncercie unplugged nie jest niczym nowym, natomiast ich wybór już tak. Zamiast zapraszać gwiazdy, Kazik z ekipą wpuścili na scenę ludzi, których lubią, znają i szanują. Pierwszym zaproszonym był Dr. Yry (El Dupa, TPN 25, Zespół Filmowy Skurcz), który wykonał piękną wersję „Nie dorosłem do swych lat”. Ciekawostką jest fakt, że wykonanie tego utworu Kazik oglądał na leżąco. A Dr. Yry nie byłby sobą, gdyby nie wykonał pseudoludowej przyśpiewki. Drugim gościem był Tomasz Kłaptocz, obecny wokalista Buldoga, zespołu z którym Kazik był związany. Bardzo fajna, żywiołowa wersja „Bliskich spotkań 3 stopnia”. Ostatnim gościem okazał się Mirosław Jędras, lider uwielbianej przez Staszewskiego skifflowej grupy Zacier. „Gdy nie ma dzieci” w jego wykonaniu okazały się perełką. W dodatku Jędras wystąpił w emaliowanym garnku na głowie do którego przytwierdzone były balony. Czysty Zacier.



Kult, jak to jest w tradycji MTV Unplugged, wykonał również cover. Tym razem był to wybór dość dziwny, ale okazało się, że trafiony. „Zegarmistrz światła” Tadeusza Woźniaka to doskonały kawałek, bałem się jednak, że dość zarżnięty przez inne wykonania. A wersja Closterkellera z płyty „Fin de siecle” to przecież arcydzieło. Kultowi jednak się udało i muszę nawet przyznać, że utwór zabrzmiał jak z ich własnego repertuaru. Czadowym momentem było wykonanie na bis kawała „Sowieci”. Kazik a cappela i ten tekst!



Fantastyczny koncert. Kult, po doskonałej, moim zdaniem, płycie „Hurra!”, jest w gazie. Koncerty nadal są świetne, a pomysłów nie brakuje. Sto lat! Dodatkowym plusem były zapowiedzi Kazika odnoszące się do wielu z wykonywanych utworów.

Teraz drobna refleksja. Należy pamiętać, że nie każdemu udaje się dobrze wypaść w graniu akustycznym. Obok wybitnych koncertów Pearl Jam, Nirvany, Alice In Chains czy Bjork mieliśmy kiedyś żenująco-usypiający „popis” Erica Claptona, który z uporem maniaka mordował swe kawałki z „Laylą” na czele. Ale publiczność to łyknęła i kupiła. Nigdy nie rozumiałem fenomenu akustycznego koncertu Eryka. Ale ja w ogóle jestem dziwny, bo Eryka lubię tylko w zespole Cream. Ale to już zupełnie inna historia. Zespól Kazika sprostał wyzwaniu.

W sklepach jest już dostępny zapis opisywanego koncertu w wersji DVD. Warto sięgnąć po to wydawnictwo. Doskonały prezent na Gwiazdkę.

P.S. Dwa pierwsze fragmenty pochodzą z koncertu unplugged, „Sowieci” z jakiegoś innego koncertu, którego fragment znalazłem na YouTube.

P.S.2 Po emisji koncertu MTV zaprezentowało dwudziestominutowy dokument "The Making Of...". Całkiem ciekawy, bo odsłaniający częściowo kulisty całego zdarzenia. Mam nadzieję, że znajdzie się on na płycie DVD z zapisem koncertu.

piątek, 3 grudnia 2010

Zakk Wylde vs Kill Bill

Uwielbiam Zakka Wylde’a. Nie tylko za to, że przez ponad dwadzieścia lat był etatowym gitarzystą i kompozytorem w zespole Ozzy’ego Osbourne’a, ale też za własne projekty, przede wszystkim Black Label Society.

Zakk na scenie prezentował również poczucie humoru, o czym można się przekonać oglądając chociażby koncertowe DVD zespołu.

Ostatnimi czasy zamiłowanie do żartów ujawniło się w postaci video do piosenki „Overlord” promującej ostatnią płytę BLS „Order Of The Black”. Na teledysku widzimy Zakka z brzuszkiem, odzianego w strój podobny do tego, który nosiła Uma Thurman w filmie „Kill Bill”. Teledysk dzieję się w pomieszczeniu będącym połączeniem japońskiej restauracji z dyskoteką żywcem wyjętą z „Gorączki sobotniej nocy”. Mamy nawiązania do filmu Tarantino. Zakk bije się z kilkoma postaciami, używając technik kung fu, miecza i innych gadżetów pozwalających na rozprawieniem się z przeciwnikiem. Niczym The Bride odprawia z kwitkiem kolejnych agresorów. Nic jednak nie jest wieczne. Zakk walczy udanie, ale na końcu znajduję pogromcę. Jest nim… zestaw sushi. Tak to bywa w życiu. Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji :)

Poniżej omawiane video do kawałka „Overlord”:

czwartek, 2 grudnia 2010

Gra o tron

Kilka lat temu popełniłem recenzję „Gry o tron”, pierwszego tomu sagi „Pieśń Lodu i Ognia” autorstwa George’a R.R. Martina. Od tamtej pory przeczytałem wszystkie tomy z serii i stałem się fanem świata wykreowanego przez tego pisarza. Dlatego też z dużą satysfakcją przejąłem informację, że stacja HBO wyprodukuje serial na podstawie powieści. Premiera ma mieć miejsce w przyszłym roku.

Trailer sugeruje, że serial będzie wierną adaptacją książki. Poza tym każdy sezon ma być adaptacją kolejnego tomu. Jako, że dzieło Martina jest dość obszerne i wielowątkowe, świadczy to o dbałości autorów o szczegóły. Mam nadzieję, że uda się odzwierciedlić złożoność prozy autora „Gry o tron”. Jako, że forma powieści jest dość nietypowa, bowiem każdy z rozdziałów pokazuje pewne wydarzenia z punktu widzenia konkretnej postaci, możemy oczekiwać niestandardowej narracji. Obsada też robi pozytywne wrażenie, bo oprócz gwiazd (Sean Bean) udało się zebrać ekipę zdolnych, ale, co ważne, nieopatrzonych aktorów.

Cieszę się, że producentem jest HBO. Ten amerykański gigant telewizyjny wyprodukował w ostatnich latach znaczącą liczbę wybitnych seriali. „Rodzina Soprano”, „Sześć stóp pod ziemią”, „Rzym”, „Deadwood”, „The Wire”, „Carnivale”, „Entourage”, „In Treatment”, „John Adams”, „True Blood”, “Generation Kill”, “Dom Saddama”, “Pacyfik” czy ostatnio “Boardwalk Empire”. Wymieniać by można jeszcze długo, a i tak zaprezentowana przeze mnie lista jest imponująca.

Już nie mogę się doczekać.

Przyszła mi do głowy pewna refleksja. Od ładnych paru lat w kinie amerykańskim dominuje sztampa i gombrowiczowskie wręcz upupienie. Filmy są do siebie podobne, a w dodatku niepotrzebnie ugrzecznione. Pomijają kilku twórców niezależnych i autorów o mocnej, ugruntowanej pozycji (Tarantino, Nolan, Fincher czy Eastwood) mamy do czynienia z odmóżdżającą papką. Natomiast w telewizji powstają seriale, których twórcy łamią ugruntowane kanony, nie boją się stawiać pytań, a wręcz wytyczają nowe trendy.

Poniżej trailer „Gry o tron”: