Jak zapowiadałem kilka dni temu wczorajszy wieczór spędziłem na koncercie Dopelord, Major Kong i Belzebong. Niniejszy wpis będzie zatem poświęcony temu wiekopomnemu wydarzeniu.
Jako, że koncert rozpoczął się z dużym opóźnieniem (start o 20.50, a nie o 19.30) miałem okazję pogadać ze znajomymi. Co ciekawe spotkałem dwóch kolegów, których dawno nie było mi dane spotkać. Oczekiwanie na rozpoczęcie eventu umilaliśmy sobie sympatyczną konwersacją. Przy okazji rzuciłem okiem na Tekturę jako taką, bo poprzednim razem na koncercie Solarbabes nie miałem ku temu okazji. Pooglądałem zawieszone na ścianach plakaty, a dwa z nich przyciągnęły moją szczególną uwagę. Jeden był skierowany przeciwko budowie elektrowni atomowych. Uśmiechnąłem się. Epatowanie Czarnobylem nadal jest w modzie. A pożyteczni idioci nie wyginęli. Jednak selekcja naturalna nie działa aż tak skutecznie jak się niektórym wydaje. Drugi plakat był lepszy – „Lubisz zwierzęta? Zostań weganinem!”. Ja bardzo lubię zwierzęta. Jeść. Chyba nie jest najlepszy sposób by zostać weganinem. A zresztą zawsze uważałem, że mieszanie ideologii do spożywania posiłków jest wyrazem aberracji umysłowej. Rozumiem rezygnację z niektórych potraw ze względów zdrowotnych, ale ideologicznych? Dobra, dość tych bzdur. Przejdę do rzeczy…
Mnie więcej za dziesięć dziewiąta na scenę wyszli chłopaki z Dopelord. Pierwszy koncert na żywo w historii zespołu. Miodek puścił jeden z filmów Dario Argento jako ilustrację wykonywanej muzyki. Zaczęli. Jest ciężko. „Capra Falconeri”, później „Lucifer’s Son”. Wbrew moim obawom słychać całkiem nieźle, choć dźwięk rezonuje po sali. Pod koniec trzeciego kawałka, nota bene mojego ulubionego, dochodzi do mocno nieprzyjemnej sytuacji. Wzmacniacz Laney do którego podłączona była gitara Miodka odmawia posłuszeństwa. Mówiąc prosto – zjarał się. Ktoś przechodzący za sceną potrącił nogą przewody, które się rozłączyły i doszło do zwarcia. Smutna sprawa, tym bardziej, że był to nowy zakup. Chwila przerwy, pomocna dłoń Miśka, gitarzysty Major Kong i można grać dalej. Jeszcze dwa utwory, w sumie nieco ponad 30 minut muzyki. Fajna wersja ostatniego utworu „Magic Holocaust” i koniec. Czas na krótkie podsumowanie. Pomijając problemy techniczne (choć dla samego zespołu były one bardzo istotne) koncert uważam za udany. Tym bardziej, że był to pierwszy występ sceniczny tego zespołu. Ich muzyce przydałby się większy stopień skomplikowania, ale i tak jest obiecująco. Chłopaki byli nieco stremowani, zagrali nieco szybciej niż powinni i dlatego występ uległ skróceniu o kilka minut. Ciekawe jak wypadnie dzisiejszy koncert w Warszawie… Ale o tym dowiem się dopiero w przyszłym tygodniu po rozmowach z chłopakami.
Jako drugi wystąpił Major Kong. I jest to miazga. Rewelacyjny koncert, choć jest to tylko trio. Muzycznie robią jednak tyle zamieszania jakby na scenie było ich z ośmiu. Materiał jest dojrzały, poziom wykonawstwa bardzo wysoki. Powiem tak – na żywo wypadli jeszcze lepiej niż na debiutanckim EP „Orogenesis”. Domel grający na basie palcami wyczyniał niesamowite rzeczy ze swoim instrumentem, Misiek na gitarze to klasa sama w sobie, perkusista jak najbardziej w porządku. Major Kong to polska czołówka grania w klimacie stoner/doom. Bo na żywo jest mniej doom, a bardziej stoner. I fajnie, przynajmniej jak dla mnie. Tylko jedna uwaga. Uważam, że przydałby im się wokalista, bo jednak słuchanie nagrań stricte instrumentalnych na dłużą metę (przy np.: półtoragodzinnym secie) byłoby nużące. Wiem, że są takie kapele jak Karma To Burn, które grają praktycznie tylko kawałki instrumentalne, jednak uważam, że Major Kong ma olbrzymi potencjał i wokalista mógłby ubarwić brzmienie zespołu. Ale to już sprawa do przemyśleń dla Domela i jego kolegów. Reasumując – jeżeli w Waszej miejscowości na koncercie pojawi się Major Kong – musicie tam być!
Na koniec Belzebong. Pisałem już wcześniej, że demo mnie nie przekonało. I na żywo okazało się, że też mnie to nie bierze. Nie wiem dlaczego. Chyba to po prostu nie moja bajka. Wysłuchałem półtora utworu i poszedłem. Sporo ludzi zostało. Widocznie im się podobało.
I tyle. Dzisiejszy wpis sponsorowała EP „Orogenesis” Major Kong i „Houses Of The Unholy” Church Of Misery.
Proponuję dziś Państwu obejrzenie
2 godz. temu



3 komentarze:
Dzięki za pochleby;] Obadaj Belzebonga z płyty, nie z demo. Lepsza jakość - lepsze tripy.
Dzięki za info :)
Recenzja z koncertu warszawskiego http://doomsmoker.pl/home/index.php?option=com_content&view=article&id=757%3Afeel-the-doom-vagitarians-major-kong-dopelord-belzebong-fabryka-kotow-warszawa-2011-06-25&catid=11%3Arelacje&Itemid=17
Prześlij komentarz