piątek, 8 lipca 2011

Cały ten zgiełk

Lubię jazz. Wiele lat trwało zanim polubiłem ten gatunek muzyczny, ale jak już się wkręciłem to mi zostało. Zaczynałem od klasycznego dzieła, jednej z płyt wszechczasów czyli „A Kind Of Blue” Milesa Davisa. Później przyszła fascynacja muzyką Coltrane’a, Ornette Colemana, Charliego Birda, Return To Forever, Herbie Hancocka aż w końcu dotarłem do nowojorskiej awangardy w postaci Zorna, Laswella, Firtha i innych. Po drodze był jeszcze polski yass, którego do tej pory jestem miłośnikiem, choć sam nurt się rozmył i nie wiadomo czy nadal istnieje. Przez wiele lat wyrobiłem sobie też pewien smaczek. Są rzeczy, które lubię i są zjawiska, w stosunku do których pałam wrogością. Najbardziej nie lubię tzw. smooth jazzu, który jest dość modny w niektórych kręgach. Propagatorem tejże „odmiany” muzyki w naszym kraju jest niejaki Kydryński Marcin, prywatnie mąż Anny Marii Jopek. Razem zatruwają gusta słuchaczy od wielu lat.

Wydaje mi się, że jeżeli chodzi o popularność smooth wszystko zaczęło się od solowych płyt Stinga. O ile jeszcze dwa pierwsze albumy tego wykonawcy zawierają sporo dobrej muzyki („Fragile” to jeden z najpiękniejszych utworów świata) to później idea „robimy popmusic tylko, że zagrają jazzmani” zjadła własny ogon. Niestety pojawiła się masa epigonów, a ludożerka podnieca się tymi smętnymi melodyjkami z uśmiechem na ustach jakby dotykała bram wyśnionego muzycznego raju.

Ja reaguję na tego typu dokonania przysłowiowym odruchem wymiotnym. Ale, jako że zdarza mi się mieć otwarty umysł, niektórym udaje się namówić do wysłuchania płyt z kategorii smooth. W sumie dlaczegóż by nie? A nuż trafi się perełka? I nie chodzi mi o kultowe piwo z mojego rodzinnego miasta.

Kilka dni temu wysłuchałem albumu „A Book Of Luminous Things” niejakiej Agi Zaryan. To polska wokalistka jazzopodobna, który zgodnie ze słowami kolegi „stary, po prostu światowa ekstraklasa, zmiata”.

Wysłuchałem. W skupieniu. Dwa razy. Dawno nie słyszałem tak bezbarwnego jęczenia i nudnych kompozycji. Pozycja idealna dla kogoś, kto chce uśpić swego gościa i dokonać na nim czynów zabronionych przez kodeks karny. Muzyka snuje się jak przysłowiowy smród w kalesonach, a głos rzeczonej niewiasty zamiast ożywić smutne kompozycje (w których niewiele się dzieje) powoduje, że rytm bicia naszego serca stopniowo zwalnia. Idealna muzyka dla ludzi pogrążonych w letargu. „Łożesz jeżu!” zakrzyknąłem przerażony, bo nie chciałem jeszcze opuszczać naszego świata. Tym bardziej przez zatrzymanie akcji serca. Natychmiast sięgnąłem po zestaw ratunkowy. Na pierwszy ogień Wagner. Jest trochę lepiej. Popiłem pieśnią „O Fortuna”. Zagryzłem Slayerem. Poczułem się znacznie much better.

Po uspokojeniu zmysłów sięgnąłem na półkę po pierwszy album The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble. I spokojnie odpłynąłem w krainę jazzowych dźwięków. Tam, gdzie jest pomysł, chęć szukania, improwizacja i szczypta chaosu, coś co moim zdaniem definiuje muzykę rozsławioną na świat przez wymienionych wyżej Davisa czy Coltrane’a. I wam też to polecam. Sięgnijcie po płyty Holendrów. Udajcie się z nimi w podróż w nieznane. Niezapomniane przeżycia gwarantowane.

3 komentarze:

dawrweszte pisze...

Mój dżez... Piwko Perła uwielbiam, szczególnie nową Niepasteryzowaną, mniam.

Na razie do jazzu mi daleko, czasem mnie faza krótka złapie, ale za słabo znam i za krótko mogę wytrzymać. Miles owszem, Kind of Blue słuchałem kiedyś długo. I Sketches of Spain i Bitches Brew:) I love Supreme Coltrane'a.

Za Agę Zaryan to bym się chyba jednak nie zabrał. Mam alergię na wykonawców ostro lansowanych przez Trójkę. Nie wiem czy wciąż ją lansują, bo się od radia odwróciłem trochę, ale kiedyś wciskali w każdej przerwie między pasmem a reklamami. Na Holendrów rzucę uchę w wolnej chwili, jak tylko nasycę się muzycznie pewnym tematem około bitlesowskim i okołopajtonowskim :) Będzie notka. Musi.

walkingfear pisze...

Perła niepasteryzowana rocks :)

Zaryan została polecona przez osobę, która jest fanem jazzu jako takiego. I ma dobry gust. Płyta została mi pożyczona. Zero kosztów. Oprócz straty czasu. Poświęcenie domorosłego recenzenta ;)

vaik@wp.pl pisze...

Tek płyty (jeszcze) nie słuchałem. Ale inne Zaryan są zaprawdę zaryanbiste ;). Polecam "Umiera piękno" i płytkę przedostatnią, "Looking walking being".