Wczorajsze media oszalały. Ilość propagandowych materiałów, które wychwalały objęcie przez Polskę prezydencji w Unii Europejskiej na pierwszy rzut oka przewyższała wszystko to co w ciągu ostatniego roku powiedziano na temat katastrofy smoleńskiej. Wszędzie były „hip, hip, hurra”. Brakowała tylko okrzyku „za rodinu, za Stalinu”. A wystarczyło przeczytać jeden felieton by wyrobić sobie zdanie, że to wszystko nic nie znaczy. Zwykły pic na wodę, fotomontaż. Dlaczego? Bo objęcie prezydencji nie ma praktycznie żadnego znaczenia politycznego. Wbrew temu co wmawiają nam media ustami swych przedstawicieli.
Najgorsze jest to, że prawie wszyscy lekceważą sobie koszta tego wydarzenia. Otóż wynoszą one 430 milionów złotych. Mimo, że niektórzy uważają, że te koszty nie mają znaczenia i zyski będzie większy warto zadać sobie dwa pytania. Pytanie pierwsze – kto za to zapłaci? Oraz drugie – gdzie są rzekome zyski. Na pytanie pierwsze odpowiedź jest prosta. Zapłacimy my wszyscy, z pieniędzy, które rząd od nas wyciąga każdego dnia gdy płacimy za towary i sługi z których korzystamy. Warto by zadać kolejne pytanie – czy rzeczone środki finansowe nie mogły by być wydane lepiej. Oczywiście, że tak, tylko po co – mógłby powiedzieć urzędnik państwowy. Chodzi przecież tylko o to by wydać kasę. A bardzo łatwo wydaje się pieniądze, które nie należą do nas. Polecam wypowiedź na ten temat Miltona Friedmana. Pytanie o rzekome zyski jest niestety pozostaje bez odpowiedzi. Mętne stwierdzenia o ożywieniu gospodarki i rzekomej poprawie wizerunku naszego kraju nie niosą za sobą żadnych konkretów. Ale zostawmy teraz opisywane kwestie. Jest wielu specjalistów, którzy potrafią to zrobić o wiele lepiej ode mnie. I wcale nie jest trudno znaleźć ich wypowiedzi. Wystarczy spytać Wujka Gugla.
Chciałbym za to opisać swe refleksje na temat wczorajszego koncertu, który odbył się wczoraj wieczorem przed Pałacem Kultury i Nauki im. Jozefa Stalina w samym centrum naszej kochanej stolicy. W telewizji wyglądało to sympatycznie, choć spóźniłem się na filmik Bagińskiego, który był prezentowany na początku imprezy (oglądałem program podróżniczy Cejrowskiego na TVN Style). Piękna scena, oświetlone ulice, samochody mknące w kierunku wschód-zachód i vice versa. Panie, kurde, toć to po prostu Ojropa jak się patrzy. O! Grać zaczęli! Lud domagał się igrzysk to dobry pan i władca skłonił głowę i zapewnił rozrywkę na najwyższym poziomie. A wszystko to dla swych poddanych, którymi przecież na co dzień gardzi. Cóż, raz do roku to…
Jacek Olejniczak zagrał Chopina. Ładnie. Leszek Możdżer zagrał Komedę. Bardzo ładnie. Acha, jeszcze gdański ex-yassowiec zagrał melodię z serialu „Polskie drogi”. Jako, że uwielbiam ten utwór autorstwa Kurylewicza miałem ciary na plecach. Stańko ze swymi muzykami wymietli „The Dark Eyes Of Marta Hirsh”. No czad, tylko nikt tego nie zrozumiał. Ale w świat poszło, że mamy dobrych jazzmanów. Jakby ktoś nie wiedział. Później jakieś filmowe pierdu-pierdu do muzyki Kaczmarka z filmu „Finding Neverland” (przetłumaczonego przez polskich geniuszy jako „Marzyciel”). Dyrygował koleś o nazwisku Sztaba, czyli juror z polsatowskiego programu „Must Be The Music”. Spoko koleś, bo podobał mu się metalowy zespól, który występował w tym programie. Lubię takich wyluzowanych dyrygentów i aranżerów. Może nagra coś z Metaliką? Jeszcze wcześniej był jakiś Muffin czy inna Bułeczka, koleś znany głównie z tego, że kopulował był z artystką znaną jako Kajak (czy jakoś tak, who cares?).
Dalej nuda, nuda, Perfect, czyli nuda ożeniona z żenadą. Markowski przez 123 lata swego życia nie nauczył się śpiewać i tak mu już zostanie. Lecha Janerka. Co on tam robił? Bo wyglądał jakby odrabiał pańszczyznę. Ale parę groszy na przysłowiowe waciki pewnie się przyda. Kapela Ze Wsi Warszawa – rewelacja, to jest to. Naprawdę mi się podobało, ale ja lubię ich muzykę. Natomiast nie podobały mi się pierdołowate polityczne wtręty pana lidera zespołu o jakiejś solidarności z protestującymi w Atenach i Madrycie. To ich problem, że mieli sto dodatków do pensji i między innymi to spowodowało, że wydali kasę. Było myśleć wcześniej. Gdyby nie te bzdety ze sceny to byłoby super.
Co jeszcze? Acha, tzw. gwiazdy zagraniczne. Pani z Cranberries zwaliła dwie piosenki. Jedną swoją, czyli przebój „Zombie”, a drugą obcą, czyli „Skłamałam” Edyty Bartosiewicz. Ale Polak mógł być dumny. Ludzie z Zachodu też nie potrafią śpiewać. Dalej było równie zabawnie, choć były przebłyski. Jakaś sympatyczna pani, prawdopodobnie z Jamajki, zagrała „W moim ogrodzie” grupy DAAB lepiej niż oryginał. O co nietrudno, gdy jest się z Jamajki i gra reggae. Później przerzuciła się na soul i poszedłem do toalety. Wcale nie było tak jak myślicie. Czasami człowiek musi. Jak pani przestała nudzić to był Kenny G (poluparny ostatnio w cywilizowanym świecie około XVI wieku) i Michael Bolton (co byście powiedzieli na supergrupę Bolton-Clapton-Patton?) odnoszący olbrzymie sukcesy w muzyce w okresie hellenistycznym na terenie królestwa Seleucydów. Było bosko.
A później wyszła Edyta Górniak i zamordowała Czesława Niemena. Zgłaszam oficjalny postulat by panią G. przekazać jako broń biologiczną/dar przyjaźni* Władymirowi Putinowi. Myślę, że to jeszcze ociepli nasze wzajemne, jakże ostatnio gorące, stosunki.
Następną atrakcją były fajerwerki, które starały się zagłuszyć oratorium „Orawa” Wojciecha Kilara. Oratorium fajne. Dymy na pałacu średnie. Najgorsze, że PKiN wytrzymał. Myślałem, że to cholerstwo w końcu się zawali.
A teraz pytanie najważniejsze? Ile to, do cholery jasnej, kosztowało? To były nasze pieniądze wydane li tylko ku zaspokojeniu pychy kilku decydentów. I czy nie lepiej byłoby przeznaczyć te pieniądze na uratowanie kilku szkół, które są zamykane np.: w moim województwie.? Wiem, że dla władzy najlepiej jest, gdy dzieci szybko opuszczają szkoły, bo wtedy idą kopać rowy i przynoszą dochód w postaci VATu w zakupywanych produktach, ale pytam po prostu Was, drodzy czytelnicy?
Stay fucked up…
*niepotrzebne skreślić
Proponuję dziś Państwu obejrzenie
2 godz. temu



2 komentarze:
ja oglądałem to jednym okiem, dałem sobie spokój juz tak po Myslovitz. A i wcześniej też z przerwami. Nie było co oczekiwać cudów po takim koncercie, to nigdy nie wypada dobrze. Fajerwerki, owszem, drogie, te wszystkie gwiazdy też, ale szczerze mówiąc, mam to gdzieś. Równie dobrze mógłby wyjść Janusz Chomontek i żonglować piłeczką cały wieczór. Tyleż samo emocji. Mnie tylko mierzi ta cała szopka o tej prezydencji. Kilka lat temu nikt nawet nie mówił, że w ogóle ktoś w Unii dzierży prezydencję, więc nie bardzo kumam to całe halo.
Ziemkiewicza nie zmęczyłem, mimo iż widziałem ten tekst jeszcze przed Twoją rekomendacją. Wymiękłem przy dygresji o Rydzyku, czyli dość wcześnie. Facet parę lat temu pisał z polotem, wszystkie jego książki publicystyczne czytałem, dziś mnie nudzi. Monotematyczność mnie zdecydowanie przytłacza. Ale może wreszcie doczytam jego tekst, to moja krytyka będzie bardziej na miejscu ;)
Heh, zapomniałem o Myslovitz. Jak mogłem ;)Siedziałem tego wieczora z lekkim bólem gardła więc oglądałem to widowisko, gdyż nie mogłem świętować w inny sposób.
Co do tekstu RAZa to wtręt o Rydzyku uważam za niepotrzebny. Bo niewiele on wnosi do ogólnego przesłania tekstu, a niektórych czytelników może odstraszyć. Co do oceny, że w publicystyce autor się powtarza to mam takie same zdanie. Zresztą, co najgorsze, zaczął uprawiać publicystykę w prozie i dlatego jego ostatnia powieść, czyli "Zgred" jest nudna. I pomyśleć, że kiedyś z wypiekami na twarzy czytało się "Polactwo" czy "Walc stulecia" (moim zdaniem dwie jego najlepsze książki).
Prześlij komentarz