środa, 3 sierpnia 2011

Czesław i jego maluteńki świat

Lubię Czesława, który Śpiewa. Surrealistyczne teksty, interesująca muzyka w której co raz słyszę pokłosie artystycznych poszukiwań Toma Waitsa. Obciachowy akordeon w roli instrumentu wiodącego przestaje być obciachowy. Wszystko razem brzmi fajnie. Nawet jurorski występ w programie X-Fucktor nie zmienił mojego zdania o sympatycznym mikrusie. Bo Czesław nadal był autentyczny, nawet w świetle tefauenowskich reflektorów.



Wczoraj wieczorem obejrzałem sobie dvd „Solo Act Live”. Koncert ok, ale o wiele ciekawszy wydał mi się film dokumentalny zamieszczony na drugiej płycie. „W moim maluteńkim świecie” to 50-cio minutowa epopeja dokumentująca trasę koncertową po Pomorzu i Mazurach. Występy w małych pubach, klubach, remizach i innych festynach ku czci. Przy okazji mamy okazję obejrzeć Czesława poza sceną. Wiele szczerych, refleksyjnych wypowiedzi przetykanych jest sytuacjami komicznymi. Ale, generalnie, wiodący jest motyw samotności. Artysta kilkakrotnie daje do zrozumienia, że mimo sukcesu i popularności jest człowiekiem samotnym. Może z wyboru, może ze względu na specyfikę pracy. Trudno jest to jednoznacznie rozstrzygnąć. Oglądałem film i z każdą minutą robiło mi się Czesława szkoda. Jeżeli tak ma wyglądać sukces to ja dziękuję. Podczas projekcji przypomniała mi się piosenka Świetlickiego „Grudzień”, gdzie podmiot liryczny opisuje trasę koncertową i konieczność „spania w obcym łóżku” połączonego z permanentną banią. I wszystko wydało mi się takie puste i jałowe. Obraz ten dopełniały scenki z niektórych koncertów, gdzie publika w ogóle nie kojarzyła żartów. Paranoja połączona z psychodelią. Choć z drugiej strony może to być portret zafałszowany. Kreacja, która ma spowodować określone reakcje u sympatyków twórczości pana Mozila. Jak jest naprawdę nie wiem. Może ktoś ma jakiś pomysł?

Trailer filmu do obejrzenia tu.

2 komentarze:

vaik pisze...

to ciekawa kwestia - na ile filmy dokumentalne kręcone z udziałem muzyków są kreacją, a na ile zapisem rzeczywostości? Ile w nich zamysłu twórcy, ile wtrętów od bohaterów, którzy w większości przypadków autoryzują powstałe materiały?

walkingfear pisze...

@vaik

Masz rację, trudno jest w takich przypadkach rozdzielić marketing od autentyzmu. Dlatego zwróciłem uwagę na to w swoim opisie.