niedziela, 18 września 2011

Projekt recenzja: Jakszyk, Fripp and Collins - A Scarcity of Miracles

Kilka słów wstępu. Jestem wielkim fanem Roberta Frippa, szczególnie jeśli chodzi o jego dokonania z King Crimson. Sam zespól uważam za jeden z najważniejszych i najlepszych w historii rocka. Uważam Frippa za artystę poszukującego, stającego na przekór modom, potrafiącego zainspirować innych, jednocześnie potrafiącego wykorzystać nowe nurty do wzbogacenia swojej muzyki (vide okres lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy Crimsoni opublikowali kilka albumów inspirowanych nową falą). Żałuje jednocześnie, że mimo iż King Crimson istnieje i koncertuje to pod tym szyldem nie są publikowane nowe nagrania. Jasne, wydawnictwa z serii King Crmison ProjeKcts pojawiają się dość regularnie, ale to nie to samo.



„A Scarcity Of Miracles” to nowe wydawnictwo Frippa sygnowane podwójną nazwą – jako Jakszyk, Fripp & Collins i A King Crimson ProjeKct. Lider zaprosił do współpracy zarówno obecnych (Tony Levin, Gavin Harrison), jak i byłych muzyków King Crimson (saksofonista Mel Collins współpracował z grupą w latach 1970-74). Skład uzupełnił wokalista Jakko Jakszyk, na co dzień członek tribune bandu dla KC.

Muzycy zaprezentowali sześć kompozycji trwających nieco ponad 43 minuty. Tyle kiedyś trwały płyty. Bez zbędnych dodatków, bonusów i utworów przeznaczonych na rynek japoński. Poza tym Fripp i spółka postawili po prostu na… piosenki. Nie są to jednak (i na szczęście) utwory pisane z myślą o listach przebojów. Mamy po prostu sześć kompozycji, w których nacisk położono na melodie i nastrój, a nie na wyrafinowane poszukiwania formalne. Ważką rolę odgrywa saksofon Mela Collinsa. Jego jazzujące zagrywki rzutują na brzmieniu albumu. Gitara Frippa jest miejscami wręcz schowana. Czasem słychać wyraźne gitarowe riffy jak w „Secrets” czy „The Other Man”, ale nie pełnią one roli dominującej. Zespól skupia się bardziej na budowaniu pasaży opartych przez saksofony w połączeniu z dźwiękami klawiszy i zabaw z soundscape’m. Jakszyk ma dużo do zaśpiewania. I tu dochodzimy do drugiego zarzutu, jaki można postawić tej płycie. Pierwszym to zbyt mała ilość gitarowych zagrywek Roberta Frippa. Drugim jest wokal. Jakszyk jest mało oryginalnym wokalistą. Czasami podrabia Grega Lake’a, czasem Johna Wettona. Niby mu wychodzi, ale jest w tym coś z kopii. Ale czego można było się spodziewać, przecież to koleś z cover bandu.

Mimo tych dwóch elementów płyta jest urzekająca. Słuchając „A Scarcity Of Miracles” poczułem się jakbym słuchał albumów King Crmison z lat siedemdziesiątych. Rzutuje na to gra Collinsa, a że jest ona dominująca pisałem powyżej. Nie traktuję tego jednak jako zarzutu. Robert Fripp powrócił , choćby na chwilę, do grania rocka progresywnego, tak jak robił to ostatni raz z górą 37 lat temu. W sumie płyta mógłby firmować King Crmison. Wystarczyło do zaśpiewania zaprosić Wettona lub Adriana Belew. Nie wiem czy płyta byłaby lepsza. Chyba ta ale wtedy znaczyłoby to, że Fripp po raz kolejny otarł się o doskonałość. A tak mamy album, który jest miodem na uszy dla starego fana King Crimson. Słucham tej płyty od kilku miesięcy (premiera miała miejsce pod koniec maja) i nadal obcowanie z materiałem sprawia mi dużą przyjemność. Progresywna płyta roku? Pewnie tak, bo konkurencja nikła. Mamy tylko „dwójkę” Black Country Communion (o ile zaklasyfikujemy ich muzykę jako progressive rock) i zaskakująco dobry „Passion” zespołu Pendragon. Czas na ocenę. Jako stary fan KC w pełni świadomie daję 4,5/5.

Recenzja Dawrweszte.

Recenzja Bojadzijewa.

7 komentarze:

dawrweszte pisze...

O proszę. mnie ta płyta znudziła, nie daję rady, może właśnie dlatego, że nie jestem zbytnio fanem KC. Ale z drugiej strony, wreszcie jakaś płyta poróżniła gusta:) Mnie jednak ta idylla dała sporo frustracji. Zbyt delikatna jest ta płyta.

Moja propozycja:
T-Bone Burnett - True False Identity (2006)

walkingfear pisze...

Właśnie. Dobrze, że w końcu nasze zdania się różnią. Zresztą proponując płytę Frippa zdawałem sobie sprawę, że wzbudzi kontrowersje. Na przykład możecie z Bojadzijewem uznać, że jest zbyt delikatna lub/i nudna. Ma fajne przebłyski, ale...

Twoja propozycja jest dla mnie wyzwaniem - nie słyszałem tego albumu. Znam artystę, nie znam zaproponowanego wydawnictwa. Super.

dawrweszte pisze...

No mnie Fripp znudził, jak napisałem. Nie znaczy, że płyta zła, po prostu nie "moja".

T-Bone z racji ciekawości jak wam podejdzie. To mało znany album.

vaik pisze...

piękna płyta. Jeśli BCC to progresywa, to tym bardziej nowy Primus. I nowy Opeth. I nowi Dreami, choć do ww. się nie umywają. "Passion" Pendragona jakoś nie urzeka. Wolę starsze dokonania.

walkingfear pisze...

@vaik

Tak przy okazji to muszę powiedzieć, że nowy Dream Theater bardzo mi się podoba. Byłem na "nie", a im więcej słucham tym bardziej mi podchodzi. Kupiłem w Media fajne wydanie z filmem dokumentalnym na dvd. Interesujący. Nowy Opeth czeka na posłuchanie. Nowy Primus rewelka. Nowi Red Hoci żenada.

vaik pisze...

krótka recka Primusa będzie w jednym z najbliższych "GN" ;)

dawrweszte pisze...

@vaik - co to jest GN?