
W „Chatce Żaka” pojawiłem się o 19.00, za chwilę miał rozpocząć się koncert niemieckie Museum. Chłopaki wyszli, odpalili beat z sekwencera i… Okazało się, że nie działa gitara wokalisty. Po chwili udało się usunąć problemy techniczne i zespól zaczął jeszcze raz. Mam ambiwalentne doznania dotyczące ich występu. Z jednej strony mało oryginalna muzyka będąca połączeniem Joy Division, The Cure, sceny rave (Primal Scream, Happy Mondays i The Stone Roses) i Radiohead. Z drugiej to jednak kilka ich utworów wypadło całkiem dobrze. Były w nich niezłe melodie i zagrane były z werwą. Fajnym ukoronowaniem występu był utwór „Uncorrupted” (przynajmniej tak go zapowiedział wokalista), rozpoczynający się dość spokojnie by w momencie kulminacyjnym zamienić się w gitarową ścianę dźwięku. Jednak godzinny występ to trochę za długo. Kapela miała ciekawy materiał tak na 35-40 minut grania. Najciekawsze było to, ze przed występem można był wziąć sobie darmowy singiel promocyjny zawierający dwa utwory, zresztą wykonywane podczas koncertu. Po przyjściu do domu odpaliłem rzeczoną płytkę i okazało się, że w studio grupa dużo traci. Kawałki, z których jeden wypadł na żywo całkiem fajnie okazały się całkiem bezpłciowe. Grupa Museum powinna wynająć dobrego producenta nagrań, bo jest w nich potencjał. Ale może być on zniweczony poprzez niezbyt szczęśliwą realizację studyjną.

Drugim zespołem, który miałem okazję obejrzeć wczorajszego wieczoru była grupa Noblesse Oblige. Zespół został zapowiedziana jako „artyści wykonujący muzykę świata”. „Jakieś etno?” pomyślałem. Okazało się, że sprawa jest bardziej złożona. Francusko-niemiecki duet wykonuje muzykę elektroniczną inspirowaną tradycjami muzyki afrykańskiej, ale nie jest to jedyny punkt odniesienia. Bo w niektórych kawałkach mamy beat jak z elektro, afrykańskie bębny, gitarę akustyczną i wokal w klimacie Diamandy Galas. Zresztą wielkie wrażenie robiła wokalistka (oraz czasami perkusistka) Valerie Renay, która do występu dodała elementy teatralne – strój (dwukolorowa peruka, cekiny itp.) oraz ekspresyjny ruch sceniczny. Słuchając Noblesse Oblige wpadamy w trans, rytm zaczyna przejmować kontrolę nad ciałem. Muszę przyznać, że wysęp tego zespołu wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. Zaskoczenie było tym większe, że nie spodziewałem się, że ten koncert będzie aż tak dobry. Świetny materiał muzyczny na alternatywną dyskotekę. Wieczór w nowojorskim Limelight czy londyńskim Batcave przy muzyce duetu z Berlina byłby jak najbardziej na miejscu.

Grupie chyba podobała się reakcja publiczności, bo do godzinnego występu dodali jeszcze trzy utwory. Warto było pójść wczoraj na Electric Nights by zobaczyć ich na żywo. Tym bardziej, że dziś słuchałem sobie ich kawałków na majspejsie i nie wszystkie robią takie wrażenie jak podczas wczorajszego koncertu. A może właśnie o to chodzi? Że takie zespoły najlepiej ogląda się na żywo, gdy słuchamy płyty odchodzi element wizualny, na czym traci odbiorca. Tak przy okazji dodam, że w foyer były do nabycia płyty tego zespołu. Niestety ich cena (50 pln) nie nastrajała potencjalnych fanów, zadowolonych z występu, do transakcji kupna-sprzedaży.

Nadszedł czas na clue wieczoru, czyli koncert The Legendary Pink Dots. Przed koncertem zapowiadający festiwal dziennikarze zaprosili na scenę jednego z organizatorów, który powiedział kilka, wydaje mi się ważnych, zdań. Przypomniał radiowe audycje Tomka Beksińskiego, w których prezentowano muzykę mniej komercyjną, poszukującą, przeznaczoną dla osób wrażliwszych. Padły jeszcze słowa, że sprowadzenie do Lublina holenderskich muzycznych surrealistów było od jakiegoś czasu marzeniem organizatorów festiwalu. I udało się je zrealizować. Też się cieszę, bo dziś Kropki grają w Warszawie, a ja nie byłbym w stanie być na ich koncercie.

Nie wiem co napisać o koncercie Pink Dots. Mógłbym snuć rozważania o „muzycznej podróży”, czy „kreowaniu odległych światów”. O tym, że Edward Ka-Spel śpiewa tak jak na płytach, a poza tym wygląda jak szalony prorok, bosy, odziany w długi, czarny chałat, wyśpiewujący z emocjami surrealistyczne teksty. A The Silverman, czyli Phil Knight, obsługuje swój zestaw elektronicznych gadżetów z pasją młodego gitarzysty deathmetalowgo. Dodać jeszcze kilka zdań o tym, że gitarzysta Eric Drost, mimo, że dużo młodszych od swych kolegów gra na gitarze tak jakby pił absynt w paryskich lokalach w okresie fin de siecle.

Siedziałem, siedziałem, zasłuchany...
Po mniej więcej pól godzinie podszedłem pod samą scenę i prawie jak zahipnotyzowany uczestniczyłem w reszcie misterium. Niestety, wszystko się kiedyś kończy. Po siedemdziesięciu kilku minutach występu, po genialnym punkcie kulminacyjnym koncertu, czyli wykonaniu „New Tomorrow” zespól się pożegnał i zszedł ze sceny. Nie pomogły okrzyki „Belladonna” i „Pink Dots”. Wyszedł pan zapowiadający i oznajmił, że za 15 minut wystąpi artystka Brodka. Fucking no!

Wspaniały wieczór. Napięcie rosło z każdym momentem. Były momenty lepsze i gorsze, ale generalnie jestem z festiwalu bardzo zadowolony. Kilka godzin magii, czyli koncerty Riverside, Noblesse Oblige i Różowych Kropek warte były wydania pieniędzy i poświęcenia dwóch wieczorów na wizytę w „Chatce Żaka”.
Jeszcze kilka słów o merchandise. O cenach płyt Noblesse Oblige pisałem powyżej. Niestety, ceny wydawnictw Legendary Pink Dots również nie zachęcały do zakupu. Cennik zaczynał się od 60 złotych za album w górę, wiele wydawnictw było „limited edition” ( niektóre nie tylko na Cd i winylu, ale też na kasetach!), co sprawiało, że ich ceny oscylowały między 100 a 150 złotych. Trochę szkoda, nie byłem przygotowany na taki wydatek. Żałuję tym bardziej, że niektóre z wydawnictw były unikatowe lub w wersjach specjalnych. W rozsądnych cenach były natomiast koszulki – 60 złotych.

To by było na tyle. Mam nadzieję, że za rok odbędzie się kolejna edycja festiwalu, bo chętnie bym wziął w nim udział.
P.S. Niektóre zdjęcia wyszły psychodelicznie ze względu na oświetlenie na sali. I brak profesjonalnego sprzętu w rękach niżej podpisanego. Jednak chyba pasują do opisu tego wieczoru.



7 komentarze:
Przeczytałem Twoje relacje, chętnie bym się pewnie wybrał, gdybym wciąż mieszkał w Lublinie ;) Kropki widziałem kiedyś w Wawie. Mieli dać dwa koncerty, jeden w piątek, a drugi w sobotę. My poszliśmy na ten piątkowy, a Kaspel mówi, że to pierwszy z dwóch koncertów, które są ze soba połączone. No i ten piątkowy to ich improwizacja, właściwie bardzo uboga, głównie klawisz i programowanie. Czasem sax. Słabo strasznie. Ale za to Kaspel mówi, że właściwy koncert będzie w sobotę i on wszystkich serdecznie zaprasza. W piątek tylko rozgrzewka. Myślałem, że go uduszę. Wynudziłem się.
A propo, włócząc się tu i tam, znalazłem inną relację:
http://brzydkieslowonaf.wordpress.com/2011/10/23/wiecej-brodki-a-mniej-w-kropki/
@dawrweszte
Kaspel jest... trochę dziwny, więc nie dziwię się, że to tak mogło wyglądać.
BTW w ostatnią sobotę w Warszawie była kolejna edycja Feel The Doom (w Fabryce Kotłów na Woli). Moi kumple z Major Kong i Dopelord grali. Podobno było fajnie :)
Zajrzałem pod wskazany adres - autor miał raczej odmienne zdanie niż ja. No tak, ale ja tam poszedłem na Riverside i Pink Dots, a on chyba lubi indie. Choć pisze, że podobało mu się Dots to jednak Brodka też (who the fuck is Brodka, żeby sparafrazować Ozzy'ego).
you got mail
@dawrweszte
checked out and answered
Na Twoim miejscu uniemożliwiłbym komentowanie na blogu:D :
http://nt.interia.pl/internet/wiadomosci/news/polski-sad-ukaral-blogera-za-komentarz-pod-wpisem,1703898
Kurwa, 15 lat temu nie przyszłoby mi do głowy, że taka sytuacja jest możliwa.
Za to "kurwa" prawdopodobnie odpowiesz Ty, więc się nie hamowałem;)
@1981
To jest właśnie współczesny świat. Powszechna deklaracja przestrzegania praw człowieka i wolności słowa, a tak naprawdę zamordyzm. Można mówić tylko to co jest dopuszczalne. A przecież "każdy wie, co i gdzie należy powiedzieć" ;)
A wszystko za nasze pieniądze i dzięki naszym głosom.
"Metoda różni dyktatury od republiki"
Prześlij komentarz