
Wiele się spodziewałem po tym koncercie. Przede wszystkim dlatego, że czytałem iż chłopaki grają całego „POLOVIRUSa” na żywo. Jako, że uważam ten album za jeden z najlepszych w historii polskiej muzyki z niecierpliwością czekałem na środowy wieczór. W dodatku Kury na żywo to dodatkowo improwizacje ubarwiające oryginalne utwory, o czym można przekonać się choćby słuchając płyty „Na żywo w Pstrągu” wieczór miał być udany.

Z lekką obsuwą, tak gdzieś piętnaście po ósmej muzycy wyszli na scenę. Tymon, Piotr Pawlak na gitarze i perkusista Kuba Staruszkiewicz (m.in. Tymański Yass Ensamble) na bębnach. Zaczęli od „Śmierdzi mi z ust”. Pawlak na gitarowym syntezatorze wyczyniał cuda, jakby grała za niego grała orkiestra. Dodajmy, że weselna. Następnie… Mieliśmy do czynienia z magią. Cały „POLOVIRUS” (brakowało tylko utwory „Adam ma dobry Humer”), tylko, że kolejność wykonywanych utworów różniła się od tej, którą znamy z płyty. Co ciekawe najlepiej wypadły utwory, które były trudne do zagrania. Chodzi mi o „Nie gniewaj się, Janusz”, gdzie improwizacja sięgała szczytów Himalajów oraz „Lemur”, gdzie partia instrumentalna została znacznie zmieniona w porównaniu z pierwowzorem. Bardzo atrakcyjnie brzmieniowo zaprezentowany został utwór „Nie mam jaj”, gdzie parodia reggae nabrała odcieni space rocka (lub psychodelii, zależy od przyjętej terminologii). Na tle tych kawałków blado wypadła kultowa „Jesienna deprecha”, choć klangowanie Tymona przypominało wyczyny Lesa Claypoola z zespołu Primus. Fantastycznie zabrzmiały „Ideały Sierpnia”, „Dlaczego”, „Mój dżez” i „Kibolski”. Generalnie wszystkie utwory wypadły bardzo dobrze, słychać było, że mamy do czynienia z fachowcami, którzy nie boją się improwizacji, potrafią to robić, naginają kręgosłupy swoim kompozycjom, nigdy jednak ich nie uszkadzając. Pawlak na gitarze wspomagał się kamerą pogłosową, co nadawało utworom dodatkowych smaczków. Zresztą w momentach freejazzowych to gitarzysta był postacią dominującą. On prowadził improwizacje, skupiał na sobie uwagę słuchaczy. Chciałbym też wyróżnić perkusistę. Bez zbędnego zadęcia, na luzie, z feelingiem, angażował się w zespołowe improwizacje. A grali tak, że kilka razy miałem ciarki na plecach.
Tymon jako konferansjer to osobna historia („może wyda się ona miało wiarygodna”). W „Lemurze” dodał kilka wersów dotyczących spraw piłkarskich. O Smudzie i o tym, że kadra nie ma środkowych obrońców, bo Wasyl to prawy obrońca, zresztą fajny facet. Przed „Trygławem” tekst o szatanie, który siedzi w Borach Tucholskich i popierduje w samotności. „Szatana” zapowiedział jako „kawałek o Darskim i Nieznalskiej”. W pewnym momencie zagadnął Pawlaka czy kupił już węgiel, bo zima ma być sroga. Może nie było takich spektakularnych tekstów jak na koncercie Transistorsów, ale wszystkie gadki pasowały do konwencji, w jakiej poruszają się Kury.

Końcówka koncertu to skok na płytę „100 lat undergroundu”. Fajna, rozbudowana wersja „Och, tato!” i na bis rozimprowizowana „Telekomunikacja”. Prawie dwie godziny z Kurami minęły. Było świetnie, tego oczekiwałem. Jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony. Tym bardziej, że bilet kosztował tylko 20 złotych, co w dzisiejszych czasach jest ceną po prostu śmieszną. Jeżeli Kury zawitają do waszego miasta musicie pójść na koncert! No chyba, że nie lubicie Tymona, yassu, improwizacji i humoru w tekstach. Ale to już inna bajka.



6 komentarze:
Byłem kiedyś na koncercie Kur (ogólnie byłem na Kurach dwa razy) po premierze Polovirusa parę miesięcy. W lubelskim Graffiti. Spóźnili się 3 godziny, bo im bus gdzieś po drodze zdechł. My piwkowaliśmy i czekaliśmy. Pamiętam jak kumple poszli jarać szlugi na dwór, już szykowali się też do ewakuacji, a tu podjeżdża busik z Kurami. Wychodzi Tymon, a mój kumpel do niego:"Cześć Tymon. Jesteś spięty trochę?".
Grali wtedy ze 3h. Zajebisty koncert, kto został ten nie żałował, a została z połowa sali.
czytając relację mam nadzieję, że zagrają wkrótce na swoich trójmiejskich śmieciach
@dawrweszte
Koncert w Graffiti o którym piszesz opuściłem z powodu choroby. Kumpel mi opowiadał, że czad był niezły. Oczywiście dla tych co zostali.
@1981
Pewnie tak. Jesień - czas na trasy koncertowe. Choć czasami tak jest, że łatwiej zobaczyć zespół ze swojego miasta np.: na jakimś festiwalu w Krakowie niż na własnych śmieciach.
A tak na marginesie - za tydzień w Lublinie dwudniowy festiwal Electric Nights. Najbardziej się jaram tym, że zagrają Riverside i Legendary Pink Dots. Nawet cena znośna - 80 pln.
Niestety grzebiąc w sieci zauważyłem, że w śmieciach już grali :(
A co do yassu ogólnie , to zapoznałem się z tym gatunkiem będąc fanatykiem thrashu i punk rocka i spodobały mi się te ich wariactwa, bo wcześniej kojarzyłem jazz bardziej od strony popłuczyn w stylu Manhattan Transfer, jakichś polskich diw jazzowych, które z jazzem zbyt wiele nie miały wspólnego - tymczasem przekonałem się że nawet jazz może być muzyką świrusów. Na pewno dużą zasługę miał w tym kolega z liceum, który miał chyba wszystkie płyty, jakie wówczas wychodziły (koniec lat 90tych). Do dziś moja ulubiona pozycja to Amariuch Łoskotu. Później całe to towarzystwo, tzn. część wykonawców i słuchaczy zaczęło mnie męczyć swoją elitarną pozą w stylu: "jestem alternatywno-awangardowy, bo mam szalik artysty, jakieś kolorowe sznurki zawiązane na przegubie, czytam Witkacego i słucham yassu." Zawsze bowiem uznawałem muzykę za używkę, która ma służyć przyjemności słuchającego, a nie budowaniu jego publicznego wizerunku. Dlatego drażnią mnie w recenzjach sformułowania typu "w płytę trzeba się wsłuchać xxxx razy, żeby docenić jej wielkość", "płyta dobra przy paleniu zioła" (dla mnie równoznaczne ze stwierdzeniem "kobieta brzydka jak nie wiem co, ale jakbym dużo wypił...").
@1981
O yassie to mogę długo :)
Pierwszą rzeczą z jaką się zetknąłem były Kury, video do kawałka "Cholerne majteczki" z pierwszej płyty. Pomyślałem sobie "ale to jest porąbane" i zacząłem szukać dalej. Przeczytałem gdzieś wywiad z Tymonem, że inspiruje go Frank Zappa. To już było coś, bo jestem zappofilem.
Łoskot "Amariuch" mnie powalił, zresztą koncert tej kapeli w walentynki 2002 roku w lubelskim Centrum Kultury uważam za jeden z najlepszych na jakich byłem w życiu. Choć moją ulubioną płytą jest koncertówka "Śmierdzące kwiatuszki". Poza tym Mazzoll, szczególnie "Single 3", słuchałem tego do całkowitego zdarcia kasety. No i Kury za "POLOVIRUSa", to było objawienie. Bezczelne granie, kopniak w twarz, a tyle radości. Jakoś nigdy nie powaliły mnie Trytony, choć Gwinciński udzielając się w innych projektach był ok. Poza tym Miłość, szczególnie "Talkin' About Life And Death" nagrana z Lesterem Bowie, gdzie ich wersja "Venus In Furs" mną pozamiatała. Fajny zespół-efemeryda NRD, w sumie supergrupa, bo to Trzaska, Mazzoll, Tymon i Olter. Szkoda, że tylko jedna płyta, bo słuchało się tegod oskonale. Ostatnio sobie zapuściłem i nadal robi wrażenie.
W sumie nurt był i jakby zniknął. Nurt ważny, a nieco zapomniany. Odpryski, czyli Pink Freud czy kwartet Wojtka Mazolewskiego działają, ale już tak na uboczu. Tymon to osobna bajka.
Mi się Trytony bardzo podobały, było jeszcze coś takiego jak Pieces of Brain, płyta nazywał się Crash the Car Daddy, czy coś w tym stylu i poryła mi łeb. Niestety miałem to tylko na przegranej kasecie, którą wciągnęło mi radio samochodowe, co uważam za jedną z większych tragedii, jakie dotknęły mnie w życiu.
Zawsze też obok yassowców zestawiałem amerykańskie duo na bass i perkusję z Czech zwane Sabot. Niby stylistycznie nie to samo, ale jednak wyczuwałem podobne podejście do serwowania muzyki. No i grali fantastyczne koncerty.
Prześlij komentarz