niedziela, 16 października 2011

Projekt recenzja: Machine Head – Unto The Locust

Po raz kolejny wracamy z “Projektem recenzja”. Tym razem jako danie główne zaprezentujemy najnowszy album Machine Head „Unto The Locust”. Na premierę tego wydawnictwa czekałem z niecierpliwością długie cztery lata. Poprzedni album Kalifornijczyków „The Blackening” uważam za jedną z najlepszych płyt ostatniego dziesięciolecia, więc poprzeczka była ustawiona niezwykle wysoko.

Machine Head to jeden z twórców metalowej rewolucji lat dziewięćdziesiątych. Po śmierci thrashu, zgonie grunge, rozmycia się sceny death metal to właśnie ten zespół był jednym z odnowicieli metalu. Nigdy, co prawda, nie zbliżyli się do komercyjnego sukcesu Pantery, ale takie wydawnictwa jak „Bury My Eyes” czy „The Burning Red” nie pozostawały bez odzewu w metalowym światku. Czy nowa płyta wytrzymała porównanie z poprzednimi dokonaniami ekipy dowodzonej przez Robba Flynna? W poniższej recenzji postaram się odpowiedzieć na powyższe pytania.



Płyta zaczyna się od spokojnych wokali Flynna. Kilka ścieżek głosu nałożonych na siebie sprawia wrażenie, jakby zaczynała się płyta Ulver, a nie Machine Head. Jednak już po kilkudziesięciu sekundach pojawia się ciężki riff oraz metalowy wokal. „I Am Hell” potrafi zaskoczyć. Po pierwsze zmianami tempa, agresją połączoną z momentami wyciszenia (w pewnym momencie słyszymy wiolonczelę), po drugie – utwór trwa ponad osiem i pół minuty, a ani przez chwilę nie nudzi. Doskonały opener tego albumu. Drugi kawałek „Be Still And Know” zaczyna się melodii, która na luzie mogłaby się znaleźć na jednej z płyt Iron Maiden. I nie jest to zarzut, a raczej pochwała. Zresztą rzeczona melodia w nieco zmodyfikowanej formie powraca w refrenach, które w przeciwieństwie do zwrotek śpiewane są czysto, bez growlu. Solówka szalona, trochę slayerowska, ale bardziej melodyjna. Dalej mamy „Locust”, który zaczyna się od stonowanej partii gitary, by po chwili zrobiło się szybciej i ostrzej. Partie gitarowe przypominają mi Panterę z okresu „Vulgar Display Of Power”, ale w refrenach to czysty Machine Head. Melodia połączona z agresją wykonawczą. Chłopaki bawią się tempem, zresztą to zdanie pasje do praktycznie każdego kawałka na płycie. „This Is The End” również rozpoczyna się semi-akustyczną partią gitarową, by po chwili przyśpieszyć, prawie, prawie do temp znanych z płyt deathmetalowych. Bardzo podobają mi się riffy w zwrotkach, oraz blasty w refrenach. Kolejną kompozycją jest balladowe „Darkness Within”. Chwila oddechu jest pozorna, bo ballada kończy się po minucie i czterdziestu sekundach, ale jest to zdecydowanie najspokojniejszy moment na płycie. Ale to nie znaczy, że zły, czy nudny. Szacunek budzi solówka gitarowa (który to już raz pozwalam sobie to napisać?). Dobry, solidny kawałek, pewnie fajnie wypadnie na koncertach w momentach uspokojenia tempa. Przedostatni na płycie „Pearls Before The Swine” to powrót do agresywniejszej stylistyki. Ciężki riff, tempo średnie, ale czuć ciężar. Znów zabawy z tempem utworu, i nie jest to prostackie „raz szybciej, raz wolniej”, bo chłopaki potrafią ostro nagiąć kręgosłup utworu kierując się czasem na tereny, których trudno było się spodziewać. Na koniec mamy „Who We Are” zaczynający się od dziecięcego chóru, który śpiewa wersy refrenu “This is who we are/This is what I am/We have nowhere else to go/Divided we will stand”. Po chwili mamy jednak szybki, metalowy, potencjalny machinheadowy hicor koncertowy. Wszystko, co napisałem o nowej płycie pasuje też do tego kawałka. Czyli fantastyczna metalowa jazda. Trudno mi jednoznacznie wyróżnić, któryś z utworów, bo płyta prezentuje równy (i jednocześnie wysoki) poziom, ale jeśli miałbym to zrobić to podanym „I Am Hell”, „Be Still And Know” oraz ostatni „Who We Are”.



Pierwszą zaletą albumu jest jego zwartość. Siedem utworów, niecałe 50 minut muzyki, co w dzisiejszych czasach, gdy artyści chcą zapełnić kompakt do samego końca nie do końca sensownym materiałem, jest zaletą. Brak „wypełniaczy”, pieprzenia o dupie Maryni, konkretne łojenie, zróżnicowane kompozycje, energia wykonawcza. O jakości partii solowych, zwłaszcza gitarowych, nie będę się dodatkowo rozpisywał, bo na pewnym poziomie gra się już tak, że trzeba tego słuchać, a nie niepotrzebnie strzępić pióro. Mamy na tej płycie wszystko czego potrzeba dobrej metalowej płycie. Nawet to, że średnia długość utworu na płycie wynosi grubo ponad 6 minut nie powoduje, że mamy do czynienia z przesadą. Talent kompozytorski członków zespołu powoduje, że ich pomysły nie pozwalają na nudę. Chłopaki zdali egzamin. Co prawda, „Unto The Locust” nie dorównuje „The Blackening”, ale trudno jest przeskoczyć arcydzieło. Chłopakom zostało nagranie po prostu bardzo dobrej płyty. Której doskonale się słucha. Ostatnie kilkanaście dni odtwarzałem ją na przemian z nowym Mastodonem, Dream Theater i T-Bone Burnettem.

Jeszcze kilka słów o wersji „Deluxe Collectrors Edition”, ktorą miałem okazję zakupić. Trzy utwory bonusowe. Cover Judas Priest „The Sentinel” (z albumu „Defenders Of The Faith”) może nie powala, ale dobrze wpisuje się w machineheadową estetykę. Jest szybko, ostro, do przodu. Bardzo przypadł mi do gustu cover „Witch Hunt” z repertuaru kanadyjskiego Rush (oryginalnie na płycie „Moving Pictures”). Utwór nabrał sabbathowego charakteru, świetnie wypada wokalista oraz pałker. Wersja, którą warto znać. Ostatnim bonusem jest akustyczna wersja „Darkness Within”. Może być, może nie być.

Czas na ocenę. Polecam wszystkim miłośnikom ostrego grania. 4,5/5.

Recenzja Dawrweszte.
Recenzja Bojadźijewa.

10 komentarze:

dawrweszte pisze...

Jakoś tak po drugim przesłuchaniu byłem pewien oceny, zarówno Twojej jak i swojej. Wydaje mi się, że Bojadżijew oceni podobnie. Zobaczymy

Anonimowy pisze...

Znowu mamy podobne wrażenia,he

walkingfear pisze...

Porozumienie ponad podziałami :)

vaik pisze...

a propos - ciekawe, jak wypadnie nowa płyta Kazika ;). Na razie zostałem zachęcony. Wcześniej Machine Head jakoś mi umknęło.

I Michale - niebawem będzie możliwość częstszego podyskutowania nt. nowości płytowych (i nie tylko) ;).

walkingfear pisze...

@vaik

To jest w ogóle dobry rok dla cięższego grania. Płyty Crowbar, Fair To Midland, Machne Head, Decapitated, Anthrax czy Mastodon tylko to potwierdzają.

BTW bardzo podoba mi się nowe Dream Theater. IMO najlepsza rzecz jako całość od czasów "Metropolis 2".

"I Michale - niebawem będzie możliwość częstszego podyskutowania nt. nowości płytowych (i nie tylko)"

Czyli, jak rozumiem będziesz częściej wpadał do Lublina?

vaik pisze...

nawet się przemieszczam na stare śmieci - mam nadzieję, że na stałe ;). Mogę pracować w Lbn, to po co siedzieć w Wawie.

Co do ciężkiego grania, to z wymienionych przez Cię słyszałem Anthrax i Decapitated. Spox, Fair To Midland nieco słabiej przędą. Dorzucę jeszcze całkiem niezłą Pneumę, Luxtorpedę i Newbreed (z Polskich) oraz Djerv (dobra norweska szkoła) i mamy całkiem udany rok dla hard'n'heavy.

walkingfear pisze...

@vaik

Miło to usłyszeć, bo cholera, już prawie wszyscy wyemigrowali. Nawet moja siostra.

vaik pisze...

Jeszcze rodzice wyemigrują Ci do Janowa i zostaniesz sam jak palec ;) (czy raczej ;( ). Gdzie siostra?

1981 pisze...

Biorąc pod uwagę "miętkość" brzmienia na nowym Mastodonie, to nie jest to najlepszy dowód na dobry rok CIĘŻKIEGO grania;) Choć sama płyta niemiłosiernie mi wpada w ucho.
Co do Machine Head to po pierwszym i drugim albumie żadne ich albumy już mi nie podeszły jako całość i z tym jest podobnie, co zrobić. Na szczęście teraz na jednego słuchacza przypadają 3 kapele, więc każdy znajdzie coś dla siebie;)

walkingfear pisze...

@vaik

Siostra w Warszawie :(

@1981

Mi brzmienie Mastodona bardzo podeszło. Może "wymiękam" ;)

"Na szczęście teraz na jednego słuchacza przypadają 3 kapele, więc każdy znajdzie coś dla siebie;)"

O właśnie! I o to chodzi.