Dodatkowym elementem, który mnie ucieszył w wyborze płyty do zrecenzowania był fakt, że akurat Ne znalem albumu „The True False Identity”, po powodowało u mnie wzmożoną ciekawość i stanowiło dodatkowe wyzwanie. Tym bardziej, że jak się okazało, album kilkakrotnie mnie zaskoczył.

Pierwszym zaskoczeniem jest „Zombieland”, który otwiera płytę. Mamy bowiem do czynienia z kawałkiem utrzymanym w klimacie reggae. Nietypowo, bo spodziewałem się raczej bluesa z Delty lub ogólnie southernowych klimatów. Tekst skojarzył mi się z krytyką mediów, które powodują, że człowiek oglądający telewizję zamienia się w bezmyślne zombie. Jako, że ostatnio odświeżyłem sobie film George’a Romero „Dawn Of The Dead”, z miejsca poczułem klimat. Pustynia, Texas, jakiś RV, w którym młody koleś ogląda „American Idol” i popada w frustracje. Nie wiem, czy moja interpretacja jest słuszna, ale takie było moje skojarzenie. Następny numer, „Palestine, Texas”, skojarzył mi się z utworami Becka, szczególnie z płyty „Mellow Gold” czy „One Foot In The Grave”. Wyrazisty, południowy, riff gitarowy, do tego melodeklamacja przypominająca właśnie dokonania autora przeboju „Loser”. W dodatku tekst, który mógłby być dziełem Toma Waitsa. Fantastyczny numer, który na długo zagościł w mojej głowie. „Seven Times Hotter Than Fire” to typowy bluesior, tak się pewnie gra w Luizjanie. Mimo, że generalnie nie jestem jakimś wielkim fanem bluesa, to jednak ten utwór wywołał u mnie odruch rytmicznego tupania. W dodatku fajne organy Hammonda. Jest dobrze, pomyślałem, mam nadzieję, że dalej będzie równie dobrze. Następnie słuchamy „There Would Be Hell To Pay”. Zwolnienie tempa i nastroju, mamy do czynienia z czymś w rodzaju bluesowo-reaggowej ballady. Przypomniały mi się niektóre spokojniejsze utwory Nicka Cave’a z okresu „Henry’s Dream” i „Let Love In”. Nostalgiczna muzyka, w dobrym tego słowa rozumieniu, bo nie mamy do czynienia z tandetną pościelową, nasunęła mi myśl, że ten utwór świetnie zabrzmiałby w deszczową noc w domku w górach. „Every Time I Feel The Shift” przywołał kolejne skojarzenia z Cave’m. Po chwili zorientowałem się w czym rzecz. Przecież to Australijczyk w swych dokonaniach inspiruje się bluesem z Delty i muzyką Południa Stanów. A to właśnie Burnett urodził się w St. Louis. To jego dokonania inspirowały takich artystów jak Cave. Wracając do „Every Time…” to utwór bardzo ciekawie się rozwija, od bluesa, przez przesterowaną gitarę do reaggowego chóru pod koniec, gdzie słuchać następujące wersy:
We're marching up to Zion
That beautiful city of God
Czyli rasta, jakby nie mówić. Ale, żeby muzyka z Jamajki nie zdominowała płyty, w następnym utworze "I'm Going On a Long Journey Never to Return" mamy country, zresztą bardzo fajnie podobne. Talking blues, ten „becko-podobny” wraca w "Hollywood Mecca of the Movies". Oszczędny aranż, oparty na instrumentach perkusyjnych tworzy bardzo ciekawy, hipnotyczny wręcz nastrój. Kolejny numer to „Fear Country”. Przepiękna ballada, smutna, z elegancką, zapadającą w pamięć melodią. Wspaniała solówka gitarowa. Chyba jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy twór na płycie. Przejmujący tekst, a w pamięć zapadają słowa:
Cowboy with no cattle, warrior with no war
They don't make imposters like John Wayne anymore
This is fear country
Może ta egzaltacja jest przesadzona, ale dobrze pasuje do konwencji. Przecież słowo blues tłumaczy się również jako „smutek”, a standardy tego gatunku to opowieści o niepowodzeniach i złym losie.
Kolejny numer to szybkie, rock’n’rollowe „Baby, Don’t You Love Me”. Niby bez rewelacji, ale kończąca utwór partia gitarowa robi durze wrażenie. „Earlier Baghdad” to znów stonowana kompozycja, ze świetnymi zagrywkami gitarowymi. Dalej mamy „Blinded By The Darkness” z „brudnymi”, przesterowanymi gitarami, a wokalnie to powrót do talking bluesa, tym razem podanego jakby był to kawałek z repertuaru The Clash. Hałas bierze górę, ale w tym chaosie jest metoda, bo muzyka przyciąga uwagę, tym bardziej że brzmieniowo stanowi kontrpropozycję do utworu poprzedniego i następnego, ostatniego na płycie „Shaken, Rattled & Rolled”, który zaczyna się dość spokojnie by pod koniec słuchacz mógł usłyszeć kilka gitarowych riffów, a później zmierzyć się z ciszą.
Mimo pewnego rozrzutu stylistycznego – blues, reggae, ballada, rock’n’roll, płyta jest spójna. Jest amerykańska z ducha, słychać wyraźnie, że muzycy wyrośli z muzyki Delty i nawet, gdy biorą się za gatunek obcy (reggae z Jamajki) to przetrawiają go na swój sposób. Poziom muzyczny jest bardzo, bardzo wysoki, ale to nie dziwi, gdyż w nagraniach, obok lidera, wzięli udział uznani muzycy sesyjni m.in. gitarzysta Marc Ribot (współpraca z takimi artystami jak Tom Waits, John Zorn, Lounge Lizards, Elvis Costello czy Elton John), czy Jim Keltner. Ale najważniejsze dla słuchacza jest to, że obcujemy z bardzo dobrą muzyką. Piosenki na „The True False Identity” to po prostu bardzo dobre kompozycje, które przykuwają uwagę, odwołują się do emocji i sprawiają, że słuchacz może odebrać szerokie spectrum doznań. Takie utwory jak „Zombieland”, „Palestine, Texas”, „Every Time I Feel The Shift” czy Fear Country” ocierają się o doskonałość. Bardzo przypadł mi do gustu ten album. Cieszę się, że mogłem go posłuchać. Z pewnością będę do niego wracać.
Czas na ocenę. Jako, że muzyka na nim zawarta nie spełnia kryterium mega oryginalności (to nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu), ale jest bardzo dobra, wystawiam ocenę zrównoważoną. 4/5.
Recenzja Dawrweszte.
Recenzja Bojadzijewa.



2 komentarze:
To fajnie, że się spodobało. U mnie ta płyta to jeden z moich szlagierów ;)
@dawrweszte
Nie dziwię się. Cieszę się, że ją poleciłeś, bo jak pisałem w recenzji, całkowicie mi umknęła, gdy się ukazała. A warto posłuchać, naprawdę warto.
Prześlij komentarz