Mimo tego, że byłem umówiony ze znajomymi i staliśmy w kilkuosobowej grupie, bardzo dłużył mi się czas oczekiwania na koncert. Może dlatego, że sporo rozmawialiśmy o muzyce Armii i naszych doświadczeniach koncertowych z czasów licealnych związanych z tym zespołem. Takie wzajemnie nakręcanie się. Umówiliśmy się dość wcześnie, bo spodziewaliśmy się tłumów. A tu zdziwienie. Sala była wypełniona mniej więcej w połowie. A może nawet nie. Biorąc pod uwagę potencjalną atrakcyjność wydarzenie (trasa kultowego zespołu wykonującego na żywo materiał ze swojej najlepszej płyty) frekwencja była na bardzo niskim poziomie. Nie wiem dlaczego. Może zespół w obecnych czasach nie budzi już takich emocji jak kiedyś? A może przesyt koncertów w mieście w konkretny weekend? W piątek dwudziestolecie Tipsy Train, w sobotę Armia, dziś w Tekturze doom – Mars Red Sky, Major Kong, Dopelord i The Union. Nie wiem. I jakoś nie potrafię znaleźć rozsądnej odpowiedzi.

Wracając do koncertu. Zespól wyszedł na scenę dwadzieścia po ósmej. Budzy rozweselony (może nawet troszeczkę za… bardzo ), w fajnej koszulce z Franzem Kafką, reszta skupiona. Zaczął od przedstawienia składu zespołu, zapowiedzi wykonania całej „Legendy” na żywo oraz tekstem, że muszą się rozgrzać. Nastąpiło mniej więcej 30-35 minutowe interludium, przekąska do dania głównego. Zagrali m.in. „Dom przy moście” z „Drogi” i bardzo ciekawą, rozbudowaną wersję „Katedry” z „Der Prozess”. W końcu nadszedł czas na danie główne. Mimo, że wcześniej publiczność reagowała dość żywiołowo, to jednak prawdziwe szaleństwo zaczęło się od pierwszych taktów „Kochaj mnie”. Takiego pogo nie widziałem już dawno, stare czasy się przypomniały. Ale się powstrzymałem. Jednak szkoda mi było poświęcić okulary. „Legenda” na żywo po prostu zmiata. Materiał w wersji studyjnej uważam za jedno z największych osiągnięć polskiego rocka. Wersja koncertowa przenosi doznania na inny poziom. Zresztą jak to bywa w wersjach granych na żywo. Poczułem się prawie jak wtedy, kilkanaście lat temu, gdy po raz pierwszy słuchałem na żywo „Przebłysku”, „Opowieści zimowej” czy „Podróży na Wschód”. Siła tej muzyki jest niezmienna. Nieważne, że minęło dwadzieścia lat od momentu premiery płytowej. Dziwnie mi się pisze o tym doświadczeniu, bo po prostu to trzeba usłyszeć i zobaczyć. I poczuć. Wtedy nieistotne wydają się drobne problemy techniczne z klawiszami podczas utworu tytułowego, czy trochę za ciche gitary w „Opowieści zimowej”. Bo wszystko tworzyło całość.

Gwoli wyjaśnienia – zespół wykonał „Legendę” w wersji wydania Wifonu, bez utworu „3 bajki”. Czyli bez „podroży na Wschód” i „Niezwyciężonego”. Po czym zszedł ze sceny. Wiadomo jednak, że muszą być bisy. Na pierwszy, rzeczona „Podróż…” dedykowana zmarłemu kilka miesięcy temu Stopie. Bardzo wzruszający moment. Wspomnienie zmarłego przez muzykę, którą kiedyś Stopa był wykonywał. Następnie „Jeżeli…” połączone z „3 bajkami”. Zabawy ze śpiewaniem motywu muzycznego przez publiczność. Na koniec „Niezwyciężony” w dość poplątanej wersji – na początku rock’n’rollowo, później rozbudowana część instrumentalna utrzymana w klimacie reggae i na końcu powrót do ostrego grania. Koniec, dzięki, miłe słowa na temat „mistycznego Lublina” (w sumie Budzy jest z Puław rodem, a Siekiera nagrywała w Lublinie) i koniec. Publika jednak jest nienasycona. Zespól powraca na drugi bis. Budzy ignoruje prośby o „Aguirre”, „Niewidzialną armię” czy „Hej szarawiara”. Intonuje „On tu jest, On żyje” z płyty „Duch”. I w tym, podniosłym jednak, nastroju kończy się koncert.
Jak było? W sumie to świetnie. Gardło mam zdarte, bo śpiewałem teksty wraz z publiką. Na szczęście powstrzymałem się przed pogowaniem, więc i nie jestem poobijany i okulary całe. Miałbym zastrzeżenia do długości trwania koncertu – 95 minut z bisami to trochę krótko. Co do doboru repertuaru, to też wolałbym „Aguirre” czy „W niczyjej sprawie” zamiast utworów z płyt „Duch” czy „Droga”. Ale generalnie powiem Wam – warto było być wczoraj w lubelskim Graffiti.



6 komentarze:
Z jednej strony to już mnie bawią te całe trasy promujące dawno wydane płyty, a z drugiej - są płyty tak świetne i spójne, że po prostu zasługują na coś takiego i Legenda Armii jest jedną z nich.
Z innej beczki - jak odczucia w związku z nowym kaenżetem?
@1981
Właśnie tak. Sam byłem parę lat temu w Stodole, gdy Fish grał całe "Misplaced Childhood" Marillionu z okazji 20sto lecia. Przeżycie niebywałe. Mam nieco mieszane uczucia w stosunku do takich projektów, bo to z jednej strony żerowanie na fanach, kasiora itd, z drugiej jednak podpisuję się pod tym co napisałeś.
Co do KNŻ to czekam z niecierpliwością, z tego co pamiętam premiera w poniedziałek. Nic jeszcze nie słyszałem, kumpel mówił, że kawałek singlowy zajeżdża stonerem. To pewnie wynik ostatnich fascynacji Licy vide Luxtorpeda. Wypowiem się jak posłucham.
Takie projekty to nie wiem czy nie ROjek zapoczątkował na swoim OFFie. Tam przecież Life of Agony grali swoją RRR, Kury w tym roku, to sięga parę lat wstecz. Pytanie czy on to sam wymyślił? Pewnie nie, ale fakt, że na fali są takie projekty. Z jednej strony średnio to lubię, bo to trochę taki kotlet, ale z drugiej, to fajna rzecz, najlepiej z kumplami po paru piwkach :D
A propo KNŻ, to afera dość śmieszna z tym się wiąże:
http://www.ziemianiczyja.pl/2011/11/kazik-plamy-na-sloncu/
Ja wysłuchałem do końca tych "PLam" i powiem szczerze, że jestem na nie. Całej płyty raczej nie posłucham, bo na pewno nie kupię, a jak wiadomo Kazik się wkurwia jak się go z netu ściąga. A że nie mam znajomych, którzy kupują płyty Kazika, więc póki co olewam. Chyba, że Wmichael pożyczy ;)
Posłuchałem singla KNŻ "Plamy na słońcu". Muzycznie bez rewelacji. Faktycznie riff nieco stonerowy, tekst typowo "kazikowy", czyli taki zlew w klimacie "12 groszy". Fajne momenty (odniesienia sportowe). Generalnie jest średnio. Płytę pewnie i tak kupię. Jak kupię i posłucham to rzucę kilka zdań na ten temat.
@dawrwreszte
no i nie zapominajmy o slayerze, który grał cały reign in blood na bisy
@1981
I Megadeth grał w zeszłym roku "Rust In Peace" w całości (w tym na Sonisphere - bez jednego kawałka).
Prześlij komentarz