Dosłownie przed chwilą dowiedziałem się, że wczoraj zmarł wybitny brytyjski reżyser filmowy Ken Russell. Jego twórczość ma dla mnie nierozerwalny związek z muzyką. Nie tylko dlatego, że wyreżyserował film „Tommy” oparty o słynną rock-operę autorstwa The Who. Przede wszystkim dlatego, że gdzieś na przełomie lat 80tych i 90tych w telewizji puszczono serię filmów będących wizualną parafrazą biografii wielkich kompozytorów. „Kochankowie muzyki” o Czajkowskim, „Mahler” i „Lisztomania”. Szczególnie ten ostatni film zrobił na mnie wrażenie, a to ze względu na to, że autorem aranżacji muzycznej był Rick Wakeman, najbardziej znany z bycia pianistą w zespole Yes, który to band w ówczesnych latach hołubiłem.
Obejrzałem też inne filmy Russella. Jak chociaż niesamowite „Diabły” będące opowieścią o opętaniu zakonnicy przez demony. Inne ujęcie tego tematu zaserwował nam Jerzy Kawalerowicz w „Matce Joannie od aniołów”. Jednak malarska i szalona wersja Russella bardziej do mnie przemawiała. Film w klimacie przypominał klasyczny gotycki horror, a jednocześnie było w nim coś nowoczesnego, jakby reżyser antycypował to co w kinie stanie się w następnych dekadach.
No i „Odmienne stany świadomości”, gdzie główny bohater, taki współczesny dr Frankenstein, przeprowadza na sobie eksperymenty mające na celu poznanie wszystkich stanów ludzkiego umysłu. Heh, mamy do czynienia nawet z deprywacją sensoryczną. W swoim czasie ten film robił na mnie olbrzymie wrażenie. Psychodeliczny nastrój tego filmu kojarzył mi się z końcówką „Odysei kosmicznej” Kubricka i „Videodrome” Cronenberga. Oderwanie od rzeczywistości, halucynacje, utrata granicy między tym co urojone a tym co rzeczywiste. Aż chyba odkurzę kasetę VHS i sprawdzę czy po latach ten film nadal wywołuje tak silne wrażenia. Tak sobie teraz pomyślałem i doszedłem do wniosku, że Russell był reżyserem, który mógłby podjąć się ekranizacji takich książek Philipa K. Dicka jak „Trzy stygmaty Palmera Eldricha” czy „Ubik”.
Russell to wielce oryginalny twórca. I jego filmy były dość śmiałe jak na swoje czasy. Choćby wspomniani powyżej „Kochankowie muzyki” ukazujący Czajkowskiego rozdartego między żoną-nimfomanką (ach, ta scena w pociągu!) a młodym kochankiem. Jak na początek lat siedemdziesiątych było to dzieło wykraczające poza uznane kanony. Poza tym - nawet jak kręcił filmy słabsze to zawsze był w nich ślad nietuzinkowych pomysłów. Szedł własną drogą. Tak jak powinno się robić.
Rest in peace, Ken…
Proponuję dziś Państwu obejrzenie
2 godz. temu



2 komentarze:
you got mail
Spoko. Zgadzam się.
Prześlij komentarz