niedziela, 27 listopada 2011

Projekt recenzja: Coroner – Grin

Szwajcaria bardziej niż z muzyką kojarzy się z bankami czy produkcją serów. Nie oznacza to jednak, że Helweci nie obdarzyli świata kilkoma projektami muzycznymi, które wywarły wpływ na rozwój współczesnej sceny muzycznej. Mimo, że liczba znanych powszechnie zespołów nie jest oszałamiająca, trzeba przyznać, że zostały one zauważone. Yello, Young Gods, czy wreszcie thrashowy Celtic Frost to nazwy, które znane są fanom na całym świecie. Do grup, które odcisnęły swe piętno na współczesnym metalu zaliczyć należy też Coroner, którego płyta „Grin” będzie przedmiotem niniejszego wpisu w ramach „Projektu recenzja”.

W roku 1993 album wywołał niezłe zamieszanie. Niektórzy fani nie zaakceptowali stylistycznej wolty zaproponowanej przez zespół i określili wydawnictwo pogardliwymi określeniami utrzymanymi w klimacie „sprzedali się”, „komercja”. Podejrzewam, że niektórzy, wzorem „prawdziwych fanów prawdziwej muzyki” mogli określić „Grin” mianem „mentalnej sraczki”. Głosy te, wcale nie odosobnione, mogą dziwić, tym bardziej, że Szwajcarzy stopniowo zmieniali swą muzykę, czego przykładem mógł być chociażby album „Mental Vortex” z roku 1991. Na szczęście pojawiły się też opnie pochlebne, które doceniały rozwój muzyczny zespołu oraz chęć muzycznej penetracji obszarów na które zespoły metalowe zapuszczały się rzadziej. Dla mnie „Grin” przypominał poszukiwania kanadyjskiej grupy Voivod, której muzyka ewoluowała od thrash metalu, poprzez fascynację rockiem progresywnym, nową falą aż do wykorzystania elektroniki.



Podejrzewam, że problemem z oceną płyty Coroner wynika z faktu, że muzyka wymyka się prostym klasyfikacjom i szufladkowaniu. Zespól thrashowy, a nie gra do końca thrashu. Nie jest to również tradycyjny heavy metal, bo tempa bywają szybkie, dominuje growling, poza tym pojawiają się pomysły rodem z rocka progresywnego z lat 70tych – momenty wyciszenia, deklamacji na tle powtarzalnych riffów, a nawet sample (fragment dialogu z filmu „Aliens” na początku „Internal Conflicts”). Pamiętam, że gdy ponad siedemnaście lat temu słuchałem tej płyty po raz pierwszy, wywarła na nie olbrzymie wrażenie. Bardzo podobała mi się droga, którą podążył zespół. Teraz, po latach, nie kryję faktu, że z ciekawością wróciłem do muzyki zawartej na „Grin”.

Płytę otwiera kilkudziesięciosekundowe instrumentalne intro. Następujący po nim „The Lethargic Age” to cięte riffy w zwrotkach, niezłe tempo i przede wszystkim nastrój, który, jak to nastrój, jest trudny do opisania i jego odbiór jest wielce subiektywny lecz na mnie zrobił pozytywne wrażenie. Warto w tym miejscu wspomnieć, że praktycznie w każdym utworze mamy do czynienia ze świetnymi, skomplikowanymi, a jednocześnie melodyjnymi solówkami gitarowymi. Wielki szacunek za to co ze swoją gitarą wyczyniał Tommy Vetterli. W „Internal Conflicts” znów mamy dobre riffy i świetny, choć prosty motyw gitarowy na końcu zwrotek. Charakterystyczne dźwięki zapadają w pamięć. Po tych dwóch kawałkach następuje spadek tempa utworów, bo zarówno „Caveat”, „Serpent Moves”, jak i „Status: Still Thinkung” nie są już tak szybkie jak dwa pierwsze utwory. Jednak to nie umniejsza ich atrakcyjności. Więcej tu klasyki ciężkiego grania w klimacie Black Sabbath niż thrashowej nawałnicy dźwięków. Te trzy utwory układają mi się w coś w rodzaju metalowej suity, jeden kawałek wyrasta z drugiego i razem tworzą one spójną całość. To jednak tylko interludium do finału płyty na który składają się cztery utwory. Pierw chwila wytchnienia – instrumentalne interludium „Theme For Silence”, a później potężny riff „Paralized, Mesmerized”, chyba najbardziej znanego utworu z tej płyty. Najbardziej melodyjny i charakterystyczny na płycie motyw gitarowy nie przypomina jednak w niczym melodyjek granych przez metalowych pudli z Bon Jovi czy Poison. To kawał dobrego riffu, a sama kompozycja, ośmiominutowa parada gitarowego kunsztu wyrasta na jeden z najważniejszych utworów na płycie.



Następujący kolejno utwór tytułowy to narastająca nawałnica, która nadciąga, wsysa w siebie i nie bierze jeńców. Od spokojnego początku, przez stopniowy wzrost tempa, aż do piorunującego finału. Ciarki po plecach. Jednak najlepsze Szwajcarzy zachowali na koniec. „Host” to kompozycja wymykająca się w ówczesnych czasach wszelkim metalowym klasyfikacjom. Aż trudno uwierzyć, że taki utwór powstał w roku 1993. Dziś w okresie post-muzyki wykonywanej przez post-ludzi nie zdziwiłoby nikogo. Kilkanaście lat tomu nastrojowe melodeklamacje wymieszane w dziwnymi rytmami, ciężkimi riffami przeplatanym z momentami wyciszenia przypominającego nagrania zespołów z wytwórni 4AD musiały zaskakiwać. Podejrzewam również, że szokować wszelkiej maści ortodoksów. Zakręcone i wyrastające poza epokę granie. Najlepszy utwór na płycie.

Album „Grin” zespołu Coroner to po prostu klasyka ciężkiego grania. W dodatku jest to płyta, która dzięki swej zawartości muzycznej zainteresować ludzi, którzy do tej pory na etykietkę „metal” spoglądali z niechęcią. Różne inspiracje tworzą z tej płyty dzieło wielowymiarowe, skomplikowane, wymagające, a jednocześnie strawne. A dla samego zespołu wręcz rewolucyjne. Chyba nie bez kozery okładkę zdobi maska Guya Fawkesa. Ocena 5/5. Bez cienia wątpliwości.

Recenzja Bojadżijewa.
Recenzja Dawrweszte.

5 komentarze:

Anonimowy pisze...

No, znowu się zgadzamy:) pozdrawiam
bojadżijew

dawrweszte pisze...

No proszę, jak u Bojadżijewa. Mnie ominął Coroner paręnaście lat temu.

dawrweszte pisze...

A propozycja?

walkingfear pisze...

Kate Bush "50 Words For Snow" (2011)

dawrweszte pisze...

O wow. Chętnie.