środa, 2 listopada 2011

Projekt recenzja: Jesu – Ascension

Jak wszyscy wiemy są w świecie muzyki takie postaci, które swą działalnością w rożnych składach odcisnęły piętno na rozwoju wielu gatunków. W Polsce mamy Tymona Tymańskiego, żeby przytoczyć pierwszy przykład, który przyszedł mi do głowy. W muzyce światowej takimi postaciami będą Mike Patton, Josh Homme, Jack White czy Perry Farrell. Do takich postaci należy też Justin Broadrick. Dorobek tego brytyjskiego muzyka może nie jest powalający pod względem komercyjnym, jednak jego wpływ na scenę muzyczną ostatnich dwudziestu kilku lat jest znaczący. To on zagrał na gitarze na pierwszej stronie „Scum”, debiucie Napalm Death, który zmiażdżył i przemielił konkurencję. A poza tym wyznaczył nowe kierunki w muzycznej ekspresji. Zakładając industrialowy Godflesh był jednym z ojców łączenia grania metalowego z elektroniką. Zresztą do tego zespołu mam szczególny sentyment, gdyż kilkanaście lat temu przechodziłem okres fascynacji tego typu muzyką i Godflesh był zespołem, który dość często puszczaliśmy na imprezach. To był okres rozmów o filozofii, sensie życia i przemijaniu. Muzyka Broadricka dobrze wpasowywała się w gorące dyskusje podczas których rozwiązywały się kwestie wieczności…



Projekty muzyka z Birmingham mnożyły się tak często, że aż nie byłem w stanie za tym nadążyć. Final, God, Pale Sketcher, Techno Animal czy właśnie Jesu, którego najnowszy album dziś zrecenzuję. Metal, jazz, elektronika, ambitne, a nawet coś w rodzaju hip-hopu. Trudno by znaleźć gatunek, którym nie zająłby się w jednym z zespołów, które współtworzył. Pole do popisu dla recenzenta otwarte.

„Ascension” ukazało się w maju tego roku, natomiast w moje ręce album wpadł pod koniec września. Pierwsze przesłuchanie nie sugerowało nic ciekawego. Powiem nawet coś innego – byłem znudzony. Monotonią, schematem powtarzania riffów przez długie minuty, brakiem konkretnego „uderzenia”, które spowodowałoby żywsze bicie serca. Chciałem jednak przekonać się czy album nie niesie ze sobą czegoś, co umknęło mi za pierwszym przesłuchaniem. Dokonałem więc digitalizacji muzyki i umieściłem w mp3 playerze. Jako, że codziennie spędzam w autobusie około godziny, miałem czas by kilkakrotnie zapoznać się z zawartością nowej propozycji Jesu. Okazało się, że ta muzyka świetnie wpisuje się w nastrój „jesiennej deprechy”. Świat za oknami, opadające liście, przemijanie i tym podobne rzeczy zaczęły współtworzyć jedność z muzyką Broadricka.

Płyta jest wymagająca. Na początku może odrzucić, szczególnie słuchaczy nieprzygotowanych do tego typu muzyki. Właśnie, a co muzycznie zaproponowali panowie z Jesu? Trudno mi określić jednoznacznie co to jest za gatunek. Można po prostu stwierdzić, że to post metal i uśmiechnąć się tajemniczo. Bo i tak to niczego nie wyjaśnia. Gitarowe riffy przypominają jakiś doom czy to co było słychać na wczesnych płytach Ulver. Do tego syntezatory, ale niezbyt nachalne. Czasem też gitara akustyczna. Proste, ale nie prostackie partie perkusji. I głos. Smutny, delikatny głos Justina, który czasem z trudem przebija się przez ciężkie, sabbathowe riffy. „Brudna” produkcja, kojarząca się tym, co robiono kilkadziesiąt lat temu. Dominują wolne tempa (są wyjątki np.: punkujące „Sedatives”) oraz długie kompozycje, niektóre przekraczające osiem minut. Cytując jeden z dialogów z filmu „Rejs” jest w tej muzyce „smutek i nostalgia”. Czasem sposób śpiewania Broadricka przypomina to, co w swoich spokojniejszych kawałkach robił Trent Reznor. Tak skojarzyła mi się linia wokalna w „Broken Home”, nota bene jednym z najlepszych utworów na płycie. Poza tym utworem do moich faworytów należą „Birth Day” i „King Of Kings”.



Również teksty dostosowane są do konwencji muzycznej. Tytuł płyty - „Wniebowstąpienie” – mógłby sugerować konotacje religijne. Szczególnie w związku z nazwą zespołu. W tekstach jednak nie ma bezpośrednich odniesień religijnych, a utwór tytułowy jest instrumentalny. Tematem utworów jest strata i osamotnienie, zresztą są one na tyle enigmatyczne, że każdy może interpretować je jak chce. Nie doszukiwałbym się tu głębszych treści czy wielce istotnego przekazu. Liryki zostały po prostu dostosowane do muzycznej zawartości płyty.

Jeżeli wejdziecie w klimat „Ascension” to obcowanie z tym wydawnictwem może być wartościowym doświadczeniem. Jeżeli kogoś pociąga w muzyce nastrój, refleksja, lubi się czasem „podołować” przy słuchaniu płyt to nowa propozycja Jesu go zadowoli. Natomiast jeżeli ktoś oczekuje konkretnego ostrego grania, melodii i hiciorów to powinien trzymać się od tej płyty z daleka. Szkoda czasu.

Mnie Broardick kupił. Z czystym sumieniem daję mu 3,5/5. Dlaczego nie więcej? Otóż z płytą Jesu jest problem, że nie stanowi propozycji na każda okazję. To jak z „Hliðskjálf” Burzum, albumem, który poraża chłodem i przez to w niektórych momentach wypada świetnie, a czasem po prostu nie mamy ochoty tego słuchać. Wracając do Jesu, niektórych może też zrażać monotonia wynikająca z koncepcji stylistycznej płyty. Osoby lubiące takie klimaty mogą dorzucić do punktacji co najmniej 0,5 punktu.

Recenzja Dawrweszte.

Recenzja Bojadźijewa.

3 komentarze:

dawrweszte pisze...

Dałem rady 3 przesłuchania wydusić, to był max. Przy trzecim wiedziałem, że znów będę cierpiał, ale że to już ostatni raz, chyba, że zdarzyłby się cud. Nie zdarzył się ;)

Mój główny zarzut, to monotonia. Czemu te kawałki takie długie? Bo jeśli komuś nie podejdzie melodia danego utworu, to koniec, nie ma szans, bo tam nic się nie zmienia. Ale szczerze przyznam, że miałem obawy, że dasz jakąś super wysoką ocenę :D

walkingfear pisze...

Widzisz, a ja się przemogłem :)

Z drugiej strony - wyzwanie było całkiem, całkiem, nieprawdaż?

dawrweszte pisze...

Było, było. Nie znałem wcześniej Jesu, więc ochoczo przesłuchałem. To znaczy, znałem, ale nie słuchałem. Wiedziałem o istnieniu i coś mi podpowiadało, że to nie mój klimat. Zgadłem.

A NAO nie ma się co bać :)