niedziela, 11 grudnia 2011

Projekt recenzja: Kate Bush – 50 Words For Snow

Przyznam się do jednego. Kate Bush należy do moich ulubionych wokalistek jakie kiedykolwiek stąpały po trzeciej planecie od Słońca. Początek mojej znajomości z twórczością tej pani był dość trywialny. W okresie licealnym, gdy byłem nieśmiałym, wrażliwym miłośnikiem poezji Różewicza i muzyki zespołu Slayer, podkochiwałem się w pewnej dziewczynie, nomem omen o imieniu Kasia. Lubiłem z nią rozmawiać, patrzeć w oczy i robić podobne rzeczy, które z wiekiem wydają się być mniej lub bardziej zabawne. Ze znajomości ostała mi się muzyczna pamiątka. Otóż rzeczona Kasia była zakręconą fanką Kate Bush, w dodatku posiadającą oryginalne kasety przywiezione z Wielkiej Brytanii. W czasach dominacji na polskim rynku kaset z wytwórni Takt czy MG Records było to po prostu Coś! Z początku podchodziłem do słuchanej muzyki z pewną rezerwą, z czasem jednak twórczość autorki „Wuthering Heights” zaczęła mi być bardzo bliska. Podobało mi się połączenie melodyjności utworów z ich wysokim poziomem artystycznym. Kate Bush dostarczała muzykę, która gościła na listach przebojów a jednocześnie stanowiła wyzwanie dla słuchacza. Eksperymentowała z formą artystycznego wyrazu nie zapominając o tym by muzyka była przyswajalna. Do tego niesamowity głos i artystyczne teledyski (pamiętacie „Cloudbusting” z udziałem Donalda Sutherlanda?). Cztery płyty wydane w latach 80tych zeszłego stulecia uważam za arcydzieła. Niestety nic nie trwa wiecznie. Lata 90te to dla pani Bush nieudany album „The Red Shoes” po którym nastąpiło dwunastoletnie milczenie twórcze. Rok 2005 przyniósł album „Aerial”, piękny, lecz nieco pomijany w różnych zestawieniach. Cóż, 12 lat milczenia to we współczesnej muzyce po prostu wieczność. Tym bardziej, że artystka dochowała się w międzyczasie całej masy epigonów z których najbardziej znana jest Tori Amos.



Pod koniec listopada, po sześcioletniej przerwie, ukazała się nowa płyta Kate Bush „50 Words For Snow”. I to ona będzie bohaterką niniejszego wpisu w ramach projektu recenzja.

W dzisiejszych czasach Kate Bush nie musi już niczego udowadniać. Jej dorobek i wpływ na współczesną muzykę to rzecz niepodważalna. Podejrzewam, że to właśnie wpłynęło na eksperymentalny charakter płyty. Kompozycje są długie, najkrótsza ma prawie siedem minut, najdłuższa ponad trzynaście. W dodatku pierwsza połowa albumu nasuwa skojarzenia z poszukiwaniami muzycznymi z zakresu ambitne i minimal music. W jednej z zagranicznych recenzji natknąłem się na porównanie do muzyki z solowych płyt Briana Eno. Ja bym dorzucił nawet Aphex Twin z okresu „Selected Ambient Works”. Dwa pierwsze utwory „Snowflake” i „Lake Tahoe” układają mi się nawet w jedną suitę trwającą dwadzieścia minut. Powtarzane frazy fortepianu, przyciszony głos, smyczki w tle. Wszystko to może na pierwszy rzut ucha wydać się monotonne. I muszę przyznać, że rzez pierwsze dwa przesłuchania nie mogłem przebrnąć przez te utwory. Dopiero stara sprawdzona metoda, czyli nałożenie słuchawek i odizolowanie się od otoczenia spowodowało, że zagłębiłem się w świat pani Bush. Kolejny utwór, czyli „Misty” to kontynuacja dwóch pierwszych kompozycji. Dochodzi jeszcze element zmienności nastrojów podczas trwania utworu oraz fragmentami mocniejsze partie wokalne ze strony wokalistki. Nastrój nadal jest oniryczny, ale nie oznacza to, że mamy do czynienia z nudą. Pierwsze trzy utwory to początek opowieści o chłodzie i zimie. Całą płytę splata zresztą temat zimowy. Kate Bush przygotowała po prostu zestaw „opowieści zimowych”. Po zamknięciu oczu możemy wyobrazić sobie szczyty górskie pokryte śniegiem, alpinistów próbujących wspiąć się na niedostępny szczyt, czy bezkresne pustkowia skute lodem.

Moment zmiany klimatu przychodzi w singlowym „Wild Man”, gdzie w refrenie artystkę wspomaga walijski wokalista Andy Fairwather Low obdarzony bardzo charakterystyczną barwą głosu. Ten utwór wpisuje się w tradycję Kasinych opowieści, tak jak je snuła jeszcze w XX wieku. Melodeklamacja wywołuje ciarki na plecach. Po tym bardzo dobrym utworze przychodzi czas na duet z Eltonem Johnem w „Snowed In At Wheeler Street”. Napięcie stopniowane jest z każdą chwilą. Od spokojnego interludium przez coraz bardziej rozbudowane frazy aż do podniosłego finału w którym wokaliści powtarzają zdanie „I don’t want to lose you”. Piękny, dramatyczny utwór, który na długo pozostaje w pamięci. Przypomina mi on niektóre utwory Petera Hammilla, choćby „A Way Out” z albumu „Out Of Water”. I jeszcze uwaga – wiedziałem, że Elton John potrafi śpiewać, chociaż to nie moja bajka, ale duet z Kate jest po prostu fenomenalny.



W utworze tytułowym mamy kolejnego gościa. Tym razem jest to wybitny brytyjski aktor Stephen Fry recytujący fragment tekstu. Kawałek jest dość zakręcony i przypomina mi elektroniczne eksperymenty, które Kate Bush zaserwowała w utworze „Sat In Your Lap” z płyty „The Dreaming”. Wreszcie finisz płyty. „Among Angels” to tylko śpiew Kasi, fortepian i smyczki. Wyciszenie, spokój, pieśń na pożegnanie. Tekst koresponduje z tym, co czułem, gdy słuchałem tego utworu:

I can see angels around you
They shimmer like mirrors in Summer
There's someone who's loved you forever but you don't know it
You might feel it and just not show it


Czy to już koniec, czy może chcesz powtórzyć podroż przez góry pokryte śniegiem jadąc konnym zaprzęgiem by dotrzeć na kraniec świata? A może powinniśmy jeszcze raz posłuchać „50 Words For Snow”, bo coś istotnego mogło nam umknąć? Zabiegani w codzienności, w momentach, gdy przestajemy zwracać uwagę na szczegóły, które kiedyś były dla nas ważne, a dziś ich nie zauważamy. Posłuchajmy…

Czas na ocenę. Tak jak stwierdziłem na początku recenzji długo nie mogłem przekonać się do utworów zamieszczonych na początku płyty. Okazało się jednak, że z każdym przesłuchaniem stawały się one częścią opowieści, która pochłaniała mnie coraz bardziej i bardziej. Moje pierwsze wrażenia nie były zbyt pozytywne, może dlatego, że nie spodziewałem się długich, eksperymentalnych kompozycji, a raczej zbioru piosenek w klimacie albumu „The Sensual World” czy „Never For Ever”. W sumie teraz pomyślałem sobie, że kompozycje z nowego wydawnictwa mogą kojarzyć się z suitą „The Ninth Wave” z drugiej strony albumu „Hounds Of Love”. Tylko, że do zrealizowanie rozwinięcia tych pomysłów zajęło artystce dwadzieścia lat. Reasumując - w końcu okazało się, że muzyczny śnieżny puch, którym spowita jest płyta Kate Bush sprawił mi przyjemność i sprawił, że „50 Words Of Snow" uważam za bardzo dobrą płytę. Warto było czekać. Ocena 4,5/5.

Recenzja Dawrweszte.

Recenzja Bojadźijewa.

9 komentarze:

dawrweszte pisze...

Mnie te pierwsze utwory też z trudem wchodziły, trochę za długie dla mnie, ale płyta "odkrywa" się z czasem. Dobry album.

dawrweszte pisze...

PS. propozycję podrzucę jutro wieczorem, jak już Bojadżijew wrzuci swoja reckę.

walkingfear pisze...

OK. Wielce jestem ciekaw co zaproponujesz.

dawrweszte pisze...

Niestety Bojadżijew robi obsuwę z recką. Nie wiem kiedy wrzuci, coś się wykręca, ale mówi, że da na bank. Słuchaj, ja podaję propozycję, bo nie chce mi się czekać.

Dreamies - Auralgraphic Entertainment

walkingfear pisze...

OK. Coś chyba przesadziłem z propozycją :) A miało być jeszcze bardziej hardkorowo.

Twoja propozycja mnie zaskoczyła - znów album, którego nie znam. Czyli recenzowanie bez obciążeń.

dawrweszte pisze...

Czy ja wiem czy przesadziłeś? Toż Kate delikatna.

A z moją propozycją to się cieszę, że nie znasz. Celowo, he ;)

walkingfear pisze...

Delikatna - właśnie o to chodzi. Może być tak, że jak ktoś na co dzień słucha czegoś ostrzejszego to wtedy coś delikatniejszego może być mało zjadliwe. Ale to tylko teoria.

dawrweszte pisze...

przenieśmy deadline recek na 27.12, ok?

walkingfear pisze...

Jasne, nie ma problemu. Święta przecież :)