sobota, 31 grudnia 2011

Nasi kochani politycy

Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy.

Alexis de Tocqueville

wtorek, 27 grudnia 2011

Projekt recenzja: Dreamies - Auralgraphic Entertainment

Proszę sobie wyobrazić… Pierwsza połowa lat siedemdziesiątych. Wtedy się zdążały takie historie. Pewien mężczyzna, zamożny członek amerykańskiej klasy średniej jednego dnia postanawia zmienić swoje życie. Rzuca atrakcyjną pracę, schodzi do piwnicy i zaczyna snuć sen utkany dźwięków. Sen, jak to zwiewne marzenie, utkany jest z fragmentów rzeczywistości udrapowanych jednak na mistyczną podróż na przekor przyzwyczajeniom odbiorców dźwięków. Takie rzeczy zdarzały się w latach siedemdziesiątych, proszę sobie wyobrazić.



Słyszymy gitarę akustyczną, delikatne frazy powtarzane w nieskończoność. Za chwilę niepokojące dźwięki syntezatora Mooga. A tu jeszcze głos, z początku delikatny śpiew, przypominający Cata Stevensa, a za chwilę… Tak, to chyba, ten prezydent, zastrzelony w Dallas. Kennedy. Niepokojące brzmienie syntezatora wzmaga się. Tak to robiono w latach siedemdziesiątych. Co jeszcze słyszymy. Ach! Bitelsi, posłuchajcie, przecież to „All You Need Is Love”, ale dlaczego wcześniej słyszymy wybuchy bomb? Delikatny głos przedziera się przez odgłosy wystrzałów i snuje opowieść o śnie. Marzeniu, które odeszło, a może nadal jest z nami? Nienamacalne lecz obecne. Tak, to się mogło wydarzyć w latach siedemdziesiątych. Muzyka nagrywana przez mężczyznę w piwnicy z każdą minutą staje się coraz mroczniejsza. Na początku to tylko dotknięcie rzeczywistości, która nie należy do najprzyjemniejszych, sen bywa przyjemny. Z czasem jednak, gdy zanurzamy się w coraz mroczniejsze obszary zaczynamy czuć samotność i chłód.

Wtedy i dziś zdarzają się takie historie.

Płyta „Auralgraphic Entertainment” podpisana szyldem Dreamies to de facto solowy projekt pana o nazwisku Bill Holt. Nie wiem czy świadomie czy nie, ale tworząc materiał na ten album podążał podobną drogą jak Brian Eno czy członkowie Tangerine Dream, gdy w podobnym czasie ujarzmiali syntezatory i tworzyli nowe gatunki muzyczne. Zawartość albumu można określić mianem eksperymentalnej muzyki elektronicznej lub pierwocinami ambientu. Mamy do czynienia z dwoma długimi kompozycjami mającymi po 25 minut każda. O ile pierwsza, nazwana „Program Ten” jest bardziej melodyjna, druga, czyli „Program Eleven” jest mroczniejsza, bardziej posępna, miejscami wręcz depresyjna. Wszystko jednak tworzy zamkniętą całość. Muzyczny sen (dlatego przypomniałem Mandarynkowy Sen powyżej), który tworzy całość. Hipnotyczny, elektryzujący eksperyment muzyczny, który posiada jedną ważną cechę. Jest przyswajalny, a dla osób lubiących podobne klimaty może być wręcz zachwycający. Uwielbiam tego typu podróże muzyczne. Kiedy autor nie zapomina, że jego dzieło powinno być zrozumiale choćby dla wąskiego grona słuchaczy.

Takie rzeczy się zdarzały w latach siedemdziesiątych.

Wybitny album. Ocena 5/5. Polecam.

P.S. Inspiracją do formy recenzji był wiersz Marcina Świetlickiego „Odciski”, wykonywany również w formie muzycznej z zespołem Świetliki.

Recenzja Dawrweszte.

Recenzja Bojadżijewa.

niedziela, 11 grudnia 2011

Projekt recenzja: Kate Bush – 50 Words For Snow

Przyznam się do jednego. Kate Bush należy do moich ulubionych wokalistek jakie kiedykolwiek stąpały po trzeciej planecie od Słońca. Początek mojej znajomości z twórczością tej pani był dość trywialny. W okresie licealnym, gdy byłem nieśmiałym, wrażliwym miłośnikiem poezji Różewicza i muzyki zespołu Slayer, podkochiwałem się w pewnej dziewczynie, nomem omen o imieniu Kasia. Lubiłem z nią rozmawiać, patrzeć w oczy i robić podobne rzeczy, które z wiekiem wydają się być mniej lub bardziej zabawne. Ze znajomości ostała mi się muzyczna pamiątka. Otóż rzeczona Kasia była zakręconą fanką Kate Bush, w dodatku posiadającą oryginalne kasety przywiezione z Wielkiej Brytanii. W czasach dominacji na polskim rynku kaset z wytwórni Takt czy MG Records było to po prostu Coś! Z początku podchodziłem do słuchanej muzyki z pewną rezerwą, z czasem jednak twórczość autorki „Wuthering Heights” zaczęła mi być bardzo bliska. Podobało mi się połączenie melodyjności utworów z ich wysokim poziomem artystycznym. Kate Bush dostarczała muzykę, która gościła na listach przebojów a jednocześnie stanowiła wyzwanie dla słuchacza. Eksperymentowała z formą artystycznego wyrazu nie zapominając o tym by muzyka była przyswajalna. Do tego niesamowity głos i artystyczne teledyski (pamiętacie „Cloudbusting” z udziałem Donalda Sutherlanda?). Cztery płyty wydane w latach 80tych zeszłego stulecia uważam za arcydzieła. Niestety nic nie trwa wiecznie. Lata 90te to dla pani Bush nieudany album „The Red Shoes” po którym nastąpiło dwunastoletnie milczenie twórcze. Rok 2005 przyniósł album „Aerial”, piękny, lecz nieco pomijany w różnych zestawieniach. Cóż, 12 lat milczenia to we współczesnej muzyce po prostu wieczność. Tym bardziej, że artystka dochowała się w międzyczasie całej masy epigonów z których najbardziej znana jest Tori Amos.



Pod koniec listopada, po sześcioletniej przerwie, ukazała się nowa płyta Kate Bush „50 Words For Snow”. I to ona będzie bohaterką niniejszego wpisu w ramach projektu recenzja.

W dzisiejszych czasach Kate Bush nie musi już niczego udowadniać. Jej dorobek i wpływ na współczesną muzykę to rzecz niepodważalna. Podejrzewam, że to właśnie wpłynęło na eksperymentalny charakter płyty. Kompozycje są długie, najkrótsza ma prawie siedem minut, najdłuższa ponad trzynaście. W dodatku pierwsza połowa albumu nasuwa skojarzenia z poszukiwaniami muzycznymi z zakresu ambitne i minimal music. W jednej z zagranicznych recenzji natknąłem się na porównanie do muzyki z solowych płyt Briana Eno. Ja bym dorzucił nawet Aphex Twin z okresu „Selected Ambient Works”. Dwa pierwsze utwory „Snowflake” i „Lake Tahoe” układają mi się nawet w jedną suitę trwającą dwadzieścia minut. Powtarzane frazy fortepianu, przyciszony głos, smyczki w tle. Wszystko to może na pierwszy rzut ucha wydać się monotonne. I muszę przyznać, że rzez pierwsze dwa przesłuchania nie mogłem przebrnąć przez te utwory. Dopiero stara sprawdzona metoda, czyli nałożenie słuchawek i odizolowanie się od otoczenia spowodowało, że zagłębiłem się w świat pani Bush. Kolejny utwór, czyli „Misty” to kontynuacja dwóch pierwszych kompozycji. Dochodzi jeszcze element zmienności nastrojów podczas trwania utworu oraz fragmentami mocniejsze partie wokalne ze strony wokalistki. Nastrój nadal jest oniryczny, ale nie oznacza to, że mamy do czynienia z nudą. Pierwsze trzy utwory to początek opowieści o chłodzie i zimie. Całą płytę splata zresztą temat zimowy. Kate Bush przygotowała po prostu zestaw „opowieści zimowych”. Po zamknięciu oczu możemy wyobrazić sobie szczyty górskie pokryte śniegiem, alpinistów próbujących wspiąć się na niedostępny szczyt, czy bezkresne pustkowia skute lodem.

Moment zmiany klimatu przychodzi w singlowym „Wild Man”, gdzie w refrenie artystkę wspomaga walijski wokalista Andy Fairwather Low obdarzony bardzo charakterystyczną barwą głosu. Ten utwór wpisuje się w tradycję Kasinych opowieści, tak jak je snuła jeszcze w XX wieku. Melodeklamacja wywołuje ciarki na plecach. Po tym bardzo dobrym utworze przychodzi czas na duet z Eltonem Johnem w „Snowed In At Wheeler Street”. Napięcie stopniowane jest z każdą chwilą. Od spokojnego interludium przez coraz bardziej rozbudowane frazy aż do podniosłego finału w którym wokaliści powtarzają zdanie „I don’t want to lose you”. Piękny, dramatyczny utwór, który na długo pozostaje w pamięci. Przypomina mi on niektóre utwory Petera Hammilla, choćby „A Way Out” z albumu „Out Of Water”. I jeszcze uwaga – wiedziałem, że Elton John potrafi śpiewać, chociaż to nie moja bajka, ale duet z Kate jest po prostu fenomenalny.



W utworze tytułowym mamy kolejnego gościa. Tym razem jest to wybitny brytyjski aktor Stephen Fry recytujący fragment tekstu. Kawałek jest dość zakręcony i przypomina mi elektroniczne eksperymenty, które Kate Bush zaserwowała w utworze „Sat In Your Lap” z płyty „The Dreaming”. Wreszcie finisz płyty. „Among Angels” to tylko śpiew Kasi, fortepian i smyczki. Wyciszenie, spokój, pieśń na pożegnanie. Tekst koresponduje z tym, co czułem, gdy słuchałem tego utworu:

I can see angels around you
They shimmer like mirrors in Summer
There's someone who's loved you forever but you don't know it
You might feel it and just not show it


Czy to już koniec, czy może chcesz powtórzyć podroż przez góry pokryte śniegiem jadąc konnym zaprzęgiem by dotrzeć na kraniec świata? A może powinniśmy jeszcze raz posłuchać „50 Words For Snow”, bo coś istotnego mogło nam umknąć? Zabiegani w codzienności, w momentach, gdy przestajemy zwracać uwagę na szczegóły, które kiedyś były dla nas ważne, a dziś ich nie zauważamy. Posłuchajmy…

Czas na ocenę. Tak jak stwierdziłem na początku recenzji długo nie mogłem przekonać się do utworów zamieszczonych na początku płyty. Okazało się jednak, że z każdym przesłuchaniem stawały się one częścią opowieści, która pochłaniała mnie coraz bardziej i bardziej. Moje pierwsze wrażenia nie były zbyt pozytywne, może dlatego, że nie spodziewałem się długich, eksperymentalnych kompozycji, a raczej zbioru piosenek w klimacie albumu „The Sensual World” czy „Never For Ever”. W sumie teraz pomyślałem sobie, że kompozycje z nowego wydawnictwa mogą kojarzyć się z suitą „The Ninth Wave” z drugiej strony albumu „Hounds Of Love”. Tylko, że do zrealizowanie rozwinięcia tych pomysłów zajęło artystce dwadzieścia lat. Reasumując - w końcu okazało się, że muzyczny śnieżny puch, którym spowita jest płyta Kate Bush sprawił mi przyjemność i sprawił, że „50 Words Of Snow" uważam za bardzo dobrą płytę. Warto było czekać. Ocena 4,5/5.

Recenzja Dawrweszte.

Recenzja Bojadźijewa.