wtorek, 31 stycznia 2012

Muzyczny top roku 2011. Część 1

Do zestawienia podsumowującego moje muzyczne fascynacje roku 2011 podchodziłem już kilkakrotnie. Za każdym razem coś mi w tym przeszkadzało. Jednak w końcu doszedłem do stanu, gdy powiedziałem sobie: „Stary, rok temu się udało, to dlaczego by tego nie powtórzyć?”. Do tego dochodzi jeszcze aspekt dość rzadkiego ukazywania się postów na moim blogu. Aż mi się głupio zrobiło i postanowiłem, że zestawienie jednak się pojawi.

Uważam, że rok 2011 był bardzo dobry jeśli chodzi o muzykę. Pojawiło się sporo interesujących wydawnictw. Kilka zaskakujących powrotów, kilka intrygujących debiutów, kilka niespodzianek. Ale dość tych farmazonów.

Zaczynamy zatem… Moje kryteria były proste – zamieszczam ranking płyt, których często słuchałem i zarazem były one czymś więcej niż tylko „muzyką, która leci w tle”.
W dzisiejszym wpisie druga dziesiątka. Zaczynamy od końca by stopniować napięcie.

20. Trent Reznor And Atticus Ross “The Girl With The Dragon Tatoo Soundtrack”

Po genialnej ścieżce dzwiękowej do “Social Network” Trent I jego kolega powrócili z muzyką do najnowszego filmu Davida Finchera. Mroczne krajobrazy, które zaserwowano na tej płycie uwidaczniają się już podczas napisów tytułowych, gdy słyszymy zremisowaną w klimacie industrialowym wersję zeppelinowskiego „Immigrant Song”. Muzyka świetnie koreluje z obrazem, podkreśla mroczny nastrój filmu. Jednocześnie doskonale sprawdza się jako niezależne dzieło. Nastrojowe, nostalgiczne, przypominające miks albumu NIN „Ghosts” z dokonaniami Ulver czy Current 93. Ach! Tego trzeba posłuchać!



19. Luxtorpeda “Luxtorpeda”

O płycie pisałem już wcześniej.

18. Steven Wilson „Grace For Drowning”

Lider Porcupine Tree ostatnimi czasy wydaje lepsze płyty w swoich projektach pobocznych niż w kapeli macierzystej. Najważniejsze, że nadal pozostaje sobą. Jest całkowicie rozpoznawalny. I tworzy muzykę nie zapominając o melodii. Płyta zróżnicowana, mieniąca się wszelkimi barwami tęczy.



17. Pendragon “Passion”

To zawsze był dla mnie zespół z II ligi rocka progresywnego. Zaintrygowali mnie dopiero przedostatnią płytą „Pure”. Było ostrzej, bardziej gitarowo. Na „Passion” mamy zderzenie kilku światów. I odniesienie do tradycji konwencji prog-rockowej i korzystanie z dorobku neo-progresywy (vide Porcupine Tree), ostre riffy i eksperymenty formalne (rap w jednym z utworów). W dodatku wszystko zagrane na wysokim poziomie. Zmienne klimaty. A wszystko jednak podane jako spójne dzieło. Duże zaskoczenie na plus.



16. Devin Townsend Project “Deconsruction” oraz “Ghost”

“Deconstruction” było przeze mnie niedawno recenzowane, więc nie ma sensu się powtarzać. „Ghost” to zupełnie inna bajka. Jakiś ambienty, elementy floydowskiego rocka progresywnego, tu cisza, tam gitara akustyczna., flet, bandżo, mandolina. Płyta na wyciszenie. Coś pięknego. Tym bardziej, że zderzone z ostrym i brutalnym „Deconstruction” daje obraz bogactwa wyobraźni muzycznej szalonego Kanadyjczyka.



15. Dream Theater “A Dramatic Turn Of Events”

Ta płyta mogła być porażką. Odejście Portnoya, lidera i założyciela grupy, to przecie z cios z którego pozostali muzycy mogli się nie otrząsnąć. A jednak udało się. Najlepsza kompozytorsko płyta od czasów „Metropolis 2”, bogata w nastroje. Wykonawstwo jak zwykle na poziomie niedostępnym dla 99& populacji parającej się muzyką. Tym razem jednak doszły doskonałe utwory. Jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt ostatniego roku.



14. Megadeth “Th1rt3en”

Dlaczego kamanda Dejwa Mustejna tak nisko? Przecież to bardzo dobra płyta. Taki zarzut może się pojawić. Po pierwsze kilka kawałków („Sudden Death”, „Millenium” Of The Blind” „New World Order” czy „Black Swan”) zostało napisanych wiele lat przed wydaniem nowej płyty. Takie „Millenium” pochodzi z 1991 roku, a jako współautora umieszczono Marty Friedmana, którego nie ma w zespole od kilkunastu lat. I właśnie to „łatanie” materiału sprawia, że płyta ląduje na miejscu czternastym, a nie w pierwszej dziesiątce. Mustaine i spółka przygotowali jednak zajebisty kawał muzy. To już nie jest thrash, ale nadal kopie dupę. Szacun.



13. Decapitated “Carnival Is Forever”

Ten album to jedno z moich prywatnych odkryć ubiegłego roku. Wielkie dzięki za Bojadżijewa za zaproponowanie tej płyty do recenzji.

12. Siekiera “Ballady na koniec świata”

„Adamski zdradził”, „to nie jest Siekiera”, „na stos, na stos!” krzyczeli ludzie pod koniec zeszłego roku. Głownie ci, którzy płyty nie posłuchali. Siekiera AD 2011 to zupełnie inny zespół niż w ’84 czy nawet na „Nowej Aleksandrii”. I bardzo dobrze się stało, że po latach ciszy twórczej Adamski postanowił przemówić. Nagrał akustyczno-oniryczny album, który stanowi wyzwanie. Wyzwanie dla słuchacza, bo na pierwszy rzut ucha „Ballady” nie mają nic wspólnego z poprzednimi dokonaniami Siekiery. Z drugiej strony patrząc płyta wpisuje się w nurt punkowej przekory by zrobić coś zupełnie inaczej niż wszyscy. By zapobiec uniformizacji. Zarówno wyglądu, jak i przesłania. Tym razem z pomocą akustycznych brzmień, odwołań o neo-folku czy ambientu Adamski snuje wizję Apokalipsy. Ciarki na plecach takie same jak przy „Misiach puszystych”.



11. Orchid “Capricorn”

Black Sabbath istnieje i ma się dobrze. I nie chodzi mi o zespół Ozzy’ego, Geezera, Warda i Iommi’ego. Amerykańscy gówniarze zaserwowali światu nostalgiczną wycieczkę do zapomnianego świata lat 70tych, gdzie najważniejszy był riff. Ciężki mocarny, zapładniający miliony ludzi na całym świecie. Od Metalliki, przez Danzig i grunge do stoner rocka. Wyprawa udana, przynosząca dźwięki wywołujące uśmiech na twarzy każdego fana ciężkiej muzy. A że nie ma w tym oryginalności? Who cares? Listen to this shit, dude.



To tyle na dzisiaj. Ciąg dalszy nastąpi wkrótce.

5 komentarze:

dawrweszte pisze...

Wysoko umieściłeś Siekierę. Słuchałem tego materiału raz i nie mogę się zmusić do kolejnego. Inne rzeczy są mi mniej znane, bo po prostu odpuszczam. Megadeath, Pendragon, Dream Theater, nie moje bajki, więc nie wiem. A Trenta nie słuchałem. Trochę mnie długość przeraża. Boję się, że posłucham raz i to niepełny i to będzie na tyle. Zobaczymy pierwszą dziesiątkę:)

vaik pisze...

całościowy komentarz w sumie powinienem zapodać po zapoznaniu się z pierwszą dziesiątką, bo coś, co dałeś na 1. miejsce mogło być słabsze od np. 15-go ;). Część płyt i ja uznaję za świetne, np. Wilson czy Luxtorpeda. Pijąc do "mojego" top 20 z mojego bloga - Megadeth i Dream Theater byli w szerokiej czterdziestce. Jednak ktoś musiał odpaść - a akurat te dwie płyty były od dwudziestki dalekie. Jednak w obu przypadkach mam wrażenie pewnego odcinania kuponów, choć poniżej pewnego poziomu nie schodzą.

Na płytę Pendragon (podobnie jak DT i Megadeth) czekałem, bo to jeden z moich ulubionych zespołów: niestety, mam odmienne zdanie od Ciebie, ta płyta jest dla mnie zbyt jednostajna. Do "The Jewel", "The World" czy "The Window Of Life" się nie umywa. Także Decapitated nagrali o wiele słabszy album, niż wcześniejsze, "Carnival is forever" dla mnie w niczym nie wyróżnia się na tle przeciętnej death metalowej sieczki (a dobry death metal jestem w stanie docenić). Nową płytę Devina Towsenda dopiero będę lepiej poznawał. Siekierę ocenię gdy do mnie trafi płytka, to co słyszałem na YT do mnie na razie nie trafia. Reznora nie słyszałem, podobnie jak Orchid - brzmi zachęcająco, chętnie się zapoznam.

walkingfear pisze...

@dawrweszte

Z Siekierą to miałem tak: posłuchałem kawałka na YouTube. Nie podobało mi się. I chciałem odpuścić słuchanie w ogóle. Później dostałem tę płytę w prezencie na Gwiazdkę. W zaistniałej sytuacji trudno było nie posłuchać. A jak już to zrobiłem to dałem się porwać.

Trenta uwielbiam. I podoba mi się podejście do OST. Co do długości, no cóż, film trwa 2 i pół godziny, a muza sączy się z ekranu cały czas.

@vaik

Pendragon, tak jak zresztą pisałem, to zespół IMHO drugiej ligi. Na "Pure" było fajniej zagrane, ostrzej, na "Passsion" podobało mi się zróżnicowanie stylistyczne. No i słuchałem tego przez kilka tygodni, a to znaczy, że mi się podobało.

Orchid polecam, zresztą szwedzki Graveyard "Hisingen Blues" również. Kopia Led Zeppelin. Ale fajna. Podobnie jak inna rzecz, która mi się nie załapało do Top 20 - Radio Moscow.

vaik pisze...

Graveyard słuchałem - ok, fajne, ale jakoś zginęło w tłumie.

Anonimowy pisze...

ten orchid trzeba sprawdzić...

bojadżijew