niedziela, 8 stycznia 2012

Projekt recenzja: Devin Townsend Project – Deconstruction

Koncept albumy miewają to do siebie, że przekaz liryczny może przesłonić muzykę, a wręcz narzucić wykonawcy określoną formę wyrazu. Bywa też tak, że temat przewodni nie jest zbyt oryginalny lub ciekawy. Mówiąc krotko, na koncepcie można się przejechać, strzelić sobie w stopę lub zacisnąć pętlę na szyi. Jasne, było wiele genialnych płyt koncepcyjnych. Od „Highway 61 Revisited” Dylana i „Freak Out!” Franka Zappy, przez bitelsowskiego „Sierżanta Pieprza”, „Dark Side Of The Moon” Floydów czy „Misplaced Childhood” Marillion aż do „Crack The Skye” Mastodon. Z drugiej strony jednak powraca myśl, że nie zawsze się to udaje.

Devin Townsend wymyślił koncept następujący: bohater opętany jest chęcią poznania prawdziwej natury otaczającej go rzeczywistości. Wyrusza więc w podroż by uzyskać odpowiedzi na dręczące go pytania. Pierwszy przystanek – Piekło. Diabeł odkrywa przed bohaterem tajemnicę wszechświata wręczając mu cheeseburgera, który nie może być jednak skonsumowany, bowiem bohater jest wegetarianinem. Cała nadzieja na znalezienie odpowiedzi umiera, a poszukiwanie prawdy jest bezcelowe. Czy to nie brzmi pretensjonalnie? Tak, oczywiście. Ale pozostaje jedno „ale” i nie chodzi mi tu o gatunek piwa. Album „Deconstruction”, bo o nim tu mowa w dzisiejszym odcinku „Projektu recenzja”, zawiera bowiem fascynującą i miejscami zahaczającą o geniusz treść muzyczną.



Kto zna dorobek Kanadyjczyka może spodziewać się szeroko pojętego metalu. Devin potrafi zaskoczyć, zresztą robił to już w przeszłości i robi to nadal. Tylko, że „metal” Townsenda jest zgoła inaczej definiowany. Odrzuca stylistyczne ograniczenia w zakresie formy. Obok blastów i spiętrzonych gitarowych riffów mamy dodatki orkiestrowe, instrumenty klawiszowe i kobiece wokale (Floor Jansen z ReVamp, niegdyś wokalistka After Forever). Wydaje mi się, że obok naturalnych dla muzyki Townsenda nawiązań do rożnych podgatunków metalu inspiracją był również rock progresywny. Wśród 9 utworów zawartych na płycie jeden ma pomad szesnaście minut, a trzy to dziesięciominutowe mini suity. Wszystkie, nawet te krótsze 4-5 minutowe utwory, są skomplikowane w budowie, pełno w nich zmian tempa, nastrojów. Zawartość muzyczna oddaje w tym przypadku tematykę tekstów. Czyli szukamy chaotycznie odpowiedzi na stawiane przez nas pytania, stając twarzą w twarz ze swoimi lękami. Dźwiękowy chaos jest jednak uporządkowany - oddaje skutecznie filozofię muzyczną jednego z potencjalnych muzycznych inspiratorów powstania „Deconstruction”, czyli Roberta Frippa, który stwierdził kiedyś, że „muzyka King Crimson to rodzaj uporządkowanej anarchii”. Dodatkowo płyta, mimo brutalności zwiera całkiem sporo melodii. Choć trzeba uczciwie przyznać, że nie są to melodie rodem z „Tańca z gwiazdami”. Miłośników grania technicznego musi też zachwycić to co Devin wyprawia na tej płycie z gitara. Niektóre frazowania przypominają to co na pierwszych płytach Annihilator wyprawiał Jeff Waters.



Jestem pełen podziwu dla Devina za to jakiego kalibru goście wystąpili na tej płycie. Poza wspomnianą powyżej panią Jansen, swoich głosów użyczyli m.in. Mikael Åkerfeldt (Opeth), Ihsahn (wiadomo kto to, nieprawdaż?), Joe Duplantier (Gojira), Greg Puciato (Dillinger Escape Plan), Paul Masvidal (Cynic, Death), a solo gitarowe w utworze tytułowym zagrał Fredrik Thordendal z Meshuggah. Po prostu metalowe niebo zebrało się na brutalnej jak piekło płycie.

Zastanawiam się, który z utworów wyróżnić. Praktycznie każdy utwór to perełeczka. I w sumie należ traktować album jako całość, jak to w przypadku płyt koncepcyjnych być powinno. Choć zdecydowałem się – mój ulubiony fragment płyty to następujące po sobie „Juular”, „Planet Of The Apes” i „Sumeria”. Choć ta wyliczanka jest pozbawiona sensu, bo później mamy wspaniałą szesnastominutową suitę „The Mighty Masturbator”, a poprzedzający „Juular” kawałek „Stand” to jeden z najlepszych utworów na płycie.

Polecam „Deconstruction” wszystkim fanom ciężkich dźwięków. Także tym, którzy lubią rock progresywny, industrial (tak, tak, Devin nie zapomniał o Strapping Young Lad, więc podobne elementy musiały się pojawić) czy po prostu nie boją się wyzwań. Bo płyta wymaga skupienia. Polecam przetestowanie jej podczas słuchania przez słuchawki, wtedy można bardziej docenić warstwę brzmieniową i poziom produkcji. Album Townsenda potwierdza to, co pisałem na tym blogu przy okazji recenzji plyty Machine Head. Rok 2011 był bardzo udany jeżeli chodzi o albumy z ciężką muzyka.

Czas na ocenę, jak zwykle zresztą. Płyta jest świetna, miejscami ociera się o geniusz. Zastanawiam się czy jednak nie zawiera muzyki zbyt hermetycznej jak na gusta mainstreamowego słuchacza. Ale co to mnie obchodzi? 4,5/5.

P.S. Jednocześnie z „Deconstruction” ukazał się album „Ghost”. Sygnowany również szyldem Devin Townsend Project zawiera jednak zupełnie inna muzykę. Ale to już temat na inną notkę.

Recenzja Dawrweszte.
Recenzja Bojadźijewa.

1 komentarze:

dawrweszte pisze...

Moja też już jest. Proszę, wysoko, najwyższa ocena z nas trzech. Niezły album w sumie.