niedziela, 22 stycznia 2012

Projekt recenzja: GGFH – Disease

Dzisiejsza propozycja dla „Projektu recenzja” wypłynęła ode mnie. Sugerując album „Disease” zespołu GGFH chciałem jednocześnie zmierzyć się ze swoimi upodobaniami muzycznymi z przeszłości. Znaleźć odpowiedź na pytanie – czy muzyka, którą pasjonowaliśmy się w konkretnym „tu i teraz”, po latach nadal działa z porównywalną silą? Czy fascynacje z okresu liceum czy studiów nadal są żywe?

Kilkanaście lat temu, kiedy wszelkie odmiany metalu, punku i rocka progresywnego zaczęły mnie nudzić zainteresowałem się industrialem. Ten nurt muzyczny odpowiadał moim poszukiwaniom muzycznym. Była w nim i agresja i przekraczanie granic. Prowokacja czy nawet wyuzdanie połączone z poezją i zadumą. Rytm, melodia, a jednocześnie brzydota i brutalność. Słuchaliśmy wtedy w gronie znajomych rożnych rzeczy, od Einsturzende Neubauten do Ministry. Szufladka industrialowa była tak pojemna, że dało się tam umieścić zespoły, które wymykały się jednoznacznym klasyfikacjom. Jedną z takich kapel było właśnie GGFH. A właściwie tylko ich jedna płyta, bo innej ani ja, ani moi koledzy nie znaliśmy.



Album „Disease” przypomina ścieżkę dźwiękową do postapokaliptycznego horroru, gdzie rządzi szaleństwo, strach i przemoc. Po ulicach opustoszałych miast szwędają się zombie, zmutowane stwory wyrywają sobie kawałki mięsa w ruinach fabryk. Czerwone oczy błyszczą w ciemności wypatrując kolejnych ofiar. Niepokojące dźwięki dochodzą z wielu stron. Jedynym ratunkiem jest pogrążenie się w obłędzie i ciche recytowanie hymnów ku czci Cthulhu.

Zawsze odbierałem „Disease” projekcjami obrazów. Może dlatego, że wielokrotnie słuchałem tej muzyki albo z pomocą walkmana albo w domu przez słuchawki. Po zamknięciu oczu, wraz z pierwszymi dźwiękami zaczynały pojawiać się obrazy. A to fragmenty horrorów, których wtedy oglądałem całe mnóstwo, a to filmów science fiction w rodzaju „Mad Maxa” czy „Hardware”. Muzyka GGFH podsuwała wyobraźni coraz to nowe obszary to eksploracji.

Muzycznie Amerykanie atakują elektronicznym rytmem, inspirują się nowatorskimi dokonaniami ówczesnej awangardowej sceny tanecznej (np.: rytmy jungle w „Dead Men Don’t Rape”, „Real” czy „Dark Powers”). Nieobce są wpływy Alien Sex Fiend, zarówno jeśli chodzi o kwestie tekstów jak i muzyki. Agresywne riffy gitarowe, które słychać w kilku utworach są nawiązaniem do tej brytyjskiej legendy sceny gotyckiej. Podobnie jak niepokojące dźwięki klawiszy – tego jest całe mnóstwo – melodie wywołujące ciarki na plecach pojawiają się na całym albumie, odwzorowując nastrój o którym pisałem akapit powyżej. Elektronika na tej płycie jest agresywna i ostra. Gdyby te kawałki zagrać w rockowym składzie mielibyśmy do czynienia z niezłym metalowym wymiataniem. Jednocześnie na płycie słyszymy delikatne melodie, jak choćby w utworze tytułowym, gdzie smutny i nostalgiczny temat połączony jest z czystym śpiewem. Tylko, że słowa „dancing In disease” nie nastrajają zbyt optymistycznie. Interesujące jest nawiązanie do Doorsowskiego „The End” w utworze „Dark Powers”, gdzie wykorzystano nie sample z oryginalnego utworu, tylko kobiecy wokal, który oznajmia „Father, I want to kill you”.



Trudno jest mi jednoznacznie wyróżnić jakiś utwory. No, może poza jednym, ale o tym poniżej. Album tworzy spójną całość. Nie oznacza to, że jest monotonny, wręcz przeciwnie. Twórcom udało się znaleźć klucz to stworzenia albumu, który był jednocześnie spójny, a jednocześnie nie popadał w sztampę. Co nie było takie łatwe, gdyż niektórzy mogliby po prostu włączyć rytm z automatu perkusyjnego, bas z syntezatora i jedziemy. Interesujące jest też to na ile GGFH było częścią ówczesnej sceny industrial. Z tego co czytałem „Disease” było oceniane m.in. przez metalowy magazyn „Kerrang!”, a sam zespól koncertował między innymi z grupą Fear Factory. A należy przypomnieć, że takie grupy jak Nine Inch Nails czy Ministry zostały wtedy dostrzeżone zarówno przez środowisko metalowe, jak i mainstream. Zastanawiało mnie też czy takie zespoły jak Apoptygma Berzerk czy VNV Nation miały wpływ na twórczość Amerykanów. Pewnie było tak, że każdy inspirował się nawzajem.

Kilka osobnych zdań chciałbym poświęcić utworowi „Plasterchrist”. Zarówno kilkanaście lat temu, gdy słuchałem GGFH po raz pierwszy i teraz, po latach, uważam, że to najlepszy kawałek na płycie. Na początku słyszymy męski głos recytujący tekst w dziwnym języku (aramejski?). Utwór snuje się niespiesznie, a muzyka powoduje pojawianie się obrazów w wyobraźni – ja zawsze miałem skojarzenia jak z dzieł Hieronimusa Boscha. Był jednocześnie opowieścią o śmierci Jezusa na Golgocie, a równocześnie zapowiedzią Apokalipsy. Z drugiej strony tekst nasuwa dość perwersyjne skojarzenia jeśli chodzi o ludzi napawających się cierpieniem.



Jedynym utworem, który nie przypadł mi do gustu to „Confession”, ostatni utwór na płycie. Niby 15 minut, a tak naprawdę to 2 minuty zgrzytów na początku, później długi fragment ciszy i pozbawione większego sensu zakończenie. Pamiętam, że wiele lat temu, gdy przegrywałem ten album na jedną stronę kasety dziewięćdziesiątki to odpuściłem sobie ten kawałek. Słuchany po latach nadal wydaje się zbędny. Gdyby nie to ocena całej płyty byłaby wyższa.

Krótkie podsumowanie – dla miłośników ambitnej muzyki elektronicznej i industrial „Disease” to pozycja obowiązkowa. Dla słuchaczy nieobeznanych z gatunkiem może być początkiem przygody z podobną muzyką. W dodatku może przekonać niedowiarków, że płyta zawierająca elementy muzyki tanecznej (electro, jungle) niekoniecznie została stworzona do puszczania w tancbudach w Bystrzejowicach. Wręcz przeciwnie.

Czas na ocenę. Okazało się, że po latach słucha się tego świetnie. Panowie Michael Geist i Brian J. Walls stworzyli autentyczną industrialową perełkę. Pozostaje mi tylko przyznać im ocenę 4,5/5.

Recenzja Dawrweszte.
Recenzja Bojadżijewa.

7 komentarze:

dawrweszte pisze...

Moja już jest. Trochę późno, ale dzień tak się ułożył.

W GGFH słychać lata 90-te jednak, trochę się ta muza zestarzała. Jak ktoś nie wyczaił i wchłonął tego w porę, to teraz może już raczej z ciekawości posłuchać. Tak sądzę. Więcej u mnie.

walkingfear pisze...

Właśnie podejrzewałam, że dla Ciebie, z perspektywy lat, to może być tak na 3+ max. Ja ponownie dałem się wciągnąć. A muszę przyznać, że miałem obawy, bo ostatni raz słuchałem "Disease" gdzieś około roku '99.

Bojadżijew pewnie zjedzie, bo to jakieś elektroniczne plumkanie ;)

dawrweszte pisze...

Bojadzijew zjedzie bank,tez tak sądzę, tym bardziej, ze juz obsuwa z recka;) Znaczy, ze ciezki orzech.

Ta plyta miala u mnie ciezko, bo ja zawsze wolalem w takich nagraniach gitary. A tu jej jak na lekarstwo. Ale dzieki temu odswiezylem sobie (znowu) pare rzeczy z inudtrialu w ogole. W sumie, to wracam do tego nurtu raz na jakis czas.

dawrweszte pisze...

ps. moja propozycja: R.U.T.A. -Gore.

walkingfear pisze...

Znam, sporo słuchałem w zeszłym roku. Ciekawa propozycja.

Anonimowy pisze...

Bardzo ważny album, świetna recenzja.

walkingfear pisze...

Dzięki.