środa, 1 lutego 2012

Muzyczny top roku 2011. Część 2

Wczoraj mieliśmy drugą dziesiątkę, dziś czas na mój Top 10, albo Listę Przebojów Radia 3/4 FM.

10. KNŻ „Bar la curva/Plamy na słońcu”

Oj, ponarzekałem na Kazika przed premierą albumu. Nie podobał mi się singiel promujący płytę, afera z Radiem DeskaDance też była niepotrzebna. Generalnie spodziewałem się szmiry i chłamu. A otrzymałem kawał dobrej muzy. Punk, metal, elementy stonera, na luzie, z wykopem. Dobre teksty – niektóre cytuje w różnych sytuacjach, co dawno się nie zdarzało jeśli chodzi o pana Staszewskiego, syna Stanisława. Ale jak tu nie pokochać płyty, gdzie padają słowa:

Polska jest ważna, bronić jej trzeba.
Kto broni Polski idzie do nieba.


Burza w świetnej formie, Litza takoż. Pan Friedrich udowodnił zarazem, że można w jednym roku wydać dwie dobre płyty. I jedna niepotrzebną, ale to inna bajka.

Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka
Gdyby się nie przewrócił, byłaby rzecz wielka




9. Tomasz Budzyński “Osobliwości”

Kolejne duże zaskoczenie. Eksperyment, który się udał. Dużo elektroniki, nietypowych, wydawałoby się, rozwiązań dla pana, który kiedyś krzyczał w zespole Siekiera. Po eksperymencie na „Freak” Armii Budzy zrobił krok naprzód. W tych nagraniach słychać fascynacje zespołami z wytwórni 4AD, ale też jazzem, post punkiem i różnymi muzycznymi dziwactwami. Właśnie, „Osobliwości” mogą być po powierzchownym przesłuchaniu uznane za coś dziwacznego, a wręcz niepotrzebnego. To błąd, warto poświęcić czas by zanurzyć się w muzycznym oceanie, który serwuje na Budzy.



8. Jakszyk, Fripp, Collins “A Scarcity Of Miracles”

Płyta była już u mnie recenzowana.

7. Black Country Communion “2”

Druga płyta lepsza niż pierwsza. W dodatku wydana po niecałym roku od debiutu. Panowie Hughes, Bonamassa, Sheridan i Bohnam jr jadą po wirtuozersku, ale jednocześnie serwują muzykę przepełnioną sercem i miłością do muzyki właśnie. Hard rock, progresywa, blues, wszystko wymieszane i podane ze smakiem. I bez zbędnego zadęcia. I słusznie. Po co się wygłupiać czy głupio przebierać jak wystarczy grać dobra muzykę.



6. Kate Bush „50 Words For Snow”

Nie będę powtarzał swoich słów.

5. Anthrax “Worship Music”

Worship Anthrax, bitches! Kocham ten zespół. To dzięki nowojorczykom lubię hard core, te wszelkie Biohazardy I inny Pro-painy. P{owrót po latach. Płyta zapowiadana od kilku lat, zmiany wokalistów, w końcu powrót Belladonny jako koleśnia ogarniającego całość paszczowo. Kopniak w twarz. Muzyczna uczta. Wszystko albo nic. Nie bierzemy jeńców. Thrash (a jakże!), klasyczny heavy metal , odniesienia do metalowej progresywy a la Dream Theater, corowe wycieczki w przeszłość, a nawet kawałek przypominający Faith No More. Odniesienia do własnej, chlubnej przecież, historii. No i kawałki przy których głowa sama się kiwa, a stopy wybijają rytm. Słuchając „Worship Music” przypomniałem sobie Sonbisphere 2011, gdzie Behemot robił ZUO i „szatan, kurwa, ale straszniej jest, chyba się posikam ze śmiechu”, a za chwilę wyszedł Anthrax i po prostu zagrał. Tylko tyle i aż tyle. I to jest różnica między Nowym Jorkiem i Pierdziszewm Dolnym.



4. Machine Head “Unto The Locust”

Metal will kick your ass.

3. Primus “Green Naugahyde”

Ludzie wciąż dyskutują o przyszłości rocka, o tym, że super teraz hejwimetalowe płyty wydaje Lejdi Zgaga czy inny Redjohed lub Zbigniew Hołdys zmienia świat muzyki na albumie „Chuj” a Les Claypool spojrzał na nich wszystkich i po prostu nagrał Płytę. Dzieci drogie, możecie chłopakom z Primusa czyścić buty swoimi szczoteczkami do zębów, ewentualnie sprzątać kupki zostawione przez ich pieski.



2. Tom Waits “Bad As Me”

The one and only.



1. Mastodon “The Hunter”

Chłopaki z Atlanty zawładnęli moim sercem w roku 2009, kiedy to ukazał się album “Crack The Skye”. Płyta, która z miejsca stała się jednym z moich ulubionych wydawnictw ostatniego dziesięciolecia. Metalowy potwór, który z chaosu połamanych rytmów i zakręconych riffów tworzy nową wartość. Na Sonisphere 2011 Mastodon mnie pożarł, przeżuł, przetrawił i wypluł tworząc jednocześnie nowego człowieka. Gdy zbliżała się premiera „The Hunter” nerwowo odliczałem upływające dni. Nie byłem pewien czego mam się spodziewać. Gdzie podąży wyobraźnia Amerykanów? Okazało się, że znaleziono złoty środek. Eskalacja zapętlenia muzycznego znanego z „Crack The Sky” spowodowałby albo „powtórkę z rozrywki”, albo dzieło całkowicie niestrawne. Udało się tego uniknąć. „The Hunter” przynosi muzykę prostszą, miejscami nawet melodyjną. Riffy są soczyste, pałker gra tak, że nawet Dave Lombardo mógłby spojrzeć z podziwem, a poza tym mamy świetne kawałki. Na tym albumie jest wszystko, co kocham w muzyce. Żadne słowa tego nie opiszą.

20 komentarze:

dawrweszte pisze...

Eee, nie ma Black Keys...

Pan Friedrich udowodnił zarazem, że można w jednym roku wydać dwie dobre płyty. I jedna niepotrzebną, ale to inna bajka.

He, akurat twierdzę odwrotnie, bo pewnie idzie Ci o Arkę, a jak dla mnie to jego najlepszy album w 2011:) Przy Luxtorpedzie ziewałem, przy Kaziku się krzywiłem.

Budzego nie znam, w ogóle nie śledzę jego solowych dokonań. Mastodon fajny, ale mnie z butów nie wyrwał. Z Twojej dwudziestki w ciemno biorę Primusa.

walkingfear pisze...

Nie udało mi się posłuchać "El Camino". Więc się nie wypowiadam ;)

Arki nie trawię. W żadnej wersji, ani "siejeje", ani "spytajmilicjantaonciprawdępowie".

Primus jest mega, zastanawiałem się nad Jane's Addiction, ale okazało się, że fajne granie, ale na top się nie łapie. To samo było z Beastie Boys.

Chyba zrobię listę "wpadek roku", ale takowa byłaby łatwa do przewidzenia.

dawrweszte pisze...

Arki nie trawię. W żadnej wersji

Pewnie dzieciaków nie masz;) Bo to nie jest płyta dla dorosłych:)

walkingfear pisze...

Faktycznie, nie mam dzieci. Pewnie dlatego tyle doznań związanych ze sztuką po prostu mnie omija ;)

dawrweszte pisze...

"tyle doznań związanych ze sztyką mnie omija"

Skąd! Przecież nowy Kazik bardzo ładnie śpiewa;)

Anonimowy pisze...

Mastodon rzeczywiście pyszny, zróznicowany materiał, goście popracowali również nad wokalizami i oglądając filmiki na tubie widzę i słyszę że jest lepiej live. Bo strasznie dawali ciała przy śpiewnych partiach gdy promowali Crack..., szczególnie Brent. Anthrax pyszny, tez słuchałem nałogowo. Super melodie, kawałki maja kopa ale ile tam ładnych melodyjek, takie crawl to Beatelsi mogli zaśpiewać:)

bojadżijew

dawrweszte pisze...

myslalem, ze sie Megadeath albo Anthrax pojawi w Projekcie Recka. A tak to nie znam. Jak Bitelsi mowisz? ;)

dawrweszte pisze...

PS

takie crawl to Beatelsi mogli zaśpiewać

Poczekaj chłopaku, nie bądź taki mądry. Ringo niedługo płytę wydaje.

walkingfear pisze...

Anthrax faktycznie bardzo melodyjny i, muszę przyznać, bardzo i się to podobało. Zresztą oni zawsze mieli tendencje to melodii.

Z wokalami Mastodona na żywo to faktycznie jest pewien problem (moim zdaniem mniejszy niż tzw. "obiegowa opinia"), ale intensywność wykonawcza tuszuje insze niedostatki.

walkingfear pisze...

Orchid naprawdę fajny. Czysty Black Sabbath, po prostu. Chłopaki powinni wydać taką płytę w '73 ;)

Ach! I zapomniałem o promocji lubelskiego podziemia - debiut roku Major Kong "Orogenesis" ;)

Anonimowy pisze...

No ale poprawili już wokale i jest coraz lepiej, szczególnie pałker, który niedawno sie dołaczył do śpiewania, ma z nich najbardziej stabilny koncertowo głos.
A teraz massage do Dawrweszte - ja Ci dam Megadeath! Megadeth jest! Tak sobie Dave tą "śmierć" obmyślił i tak ma być!

bojadżijew

vaik pisze...

Mastodon jakoś mnie nie bierze - po prostu. Co do anthrax mam podobną opinię jak o Megadeth. Reszta w dużej mierze zgoda, oprócz tego, co znam w zbyt niewielkim stopniu ;)

dawrweszte pisze...

Megadeth, megadeth, megadeth. Thrash, thrash, thrash. Muszę wreszcie zapamiętać jak się to piszę.

walkingfear pisze...

BTW na Ursynaliach 2012 Slayer, Mastodon i Gojira. Chyba w tym roku zamiast na Sonisphere pojadę na Ursynalia.

1981 pisze...

Zawsze zazdrościłem ludziom, którzy potrafią swoje preferencje muzyczne przedstawić w formie rankingu, ja nigdy nie potrafię tego tak drobiazgowo rozpisać, że Ci mają miejsce 7., inni 8. itd.
Od każdej reguły są jednak wyjątki, bo dla mnie absolutnym numerem jeden był" Sever the Wicked Hand" Crowbar. Uzasadnienie jest proste - lubię ich muzykę, ta płyta spokojnie wytrzymuje porównania z "Odd Fellows Rest" czy "Equilibrium" (moje ulubione płyty tego zespołu) i jak się w tym roku zastanawiałem, co sobie włączyć, to najczęściej wybór padał na Crowbar, a w końcu najlepsza muzyka to taka, której lubisz słuchać.
Co na pewno jeszcze zapamiętam z tego roku:
Primus "Green Naugahyde"
Mastodon "The Hunter"
Elder - "Dead Roots Stirring"
Elvis Deluxe "Favourite State of Mind"
Belzebong "Sonic Scapes & Weedy Grooves"
Major Kong "Orogenesis"
Collina "HC=Punk"
Red Fang "Murder The Mountains"
The Cuffs "Rhythm, Blood & Booze"
Orchid "Capricorn"

Trochę mnie rozczarowały karma To Burn (jakoś bez polotu) i Weedeater (tutaj głównie ilością materiału). EPka Metalliki tradycyjnie nudna, zgodnie z nową, świecką tradycją zapoczątkowaną czarnym albumem.

walkingfear pisze...

@1981

Crowbar mi jakoś wyleciał z pamięci. Na początku roku dużo tego słuchałem, a później wszelkiej maści Mastodony i inne Anthraxy przesłoniły mi tę płytę. Trochę szkoda, bo bardzo dobry materiał. Taki jest problem przy robieniu zestawień. Orchid mam w zestawie. Z Majorem się zastanawiałem czy nie dać jako grand prix - polski debiut roku. Elvis fajny, zresztą byłem na koncercie i naprawdę materiał z nowej płyty prezentował się bardzo dobrze. Belzebonga nie rozumiem - słuchałem płyty, byłem na koncercie, ale nie wywołuje u mnie żadnych reakcji poza znużeniem. Nie moja bajka. Karma To Burn faktycznie rozczarowująca.

BTW Metalliki - wczoraj miałem okazję uczestniczyć w fajnej rozmowie (3 kolegów muzyków i ja), gdzie jechaliśmy po M. Było wiele radości np.: "Ulrich jakby ćwiczył, a nie walczył z Napsterem to byłby całkiem niezłym perkusistą. Zresztą Lombardo kiedyś stwierdził, że może dać kilka lekcji".

1981 pisze...

O Metallice można by długie referaty pisać, a ponieważ lubię dyskutować o muzyce, to pociągnę ten wątek;)
Moim zdaniem Metallika jako zespół, którego istnienie ma jakiś sens muzyczny (o finansowym nie ma co dyskutować, skoro nowy basista dostaje od nich na starcie bańkę) skończyła się nie na Kill'em All, ale w momencie, gdy ubzdurała sobie, że jakiejkolwiek wolty stylistycznej by nie dokonali, to w danej niszy ciężkiego rocka,, która aktualnie będą uprawiać, będą świetni. Zapewne podzielają to zdanie jacyś "redaktorzy" w stylu Marka Sierockiego, ale nie Ci, którzy w danej niszy siedzą i ją ogarniają. Płyty Load, Reload (na których teoretycznie jest muzyka, która powinna mi się podobać nawet bardziej niż thrashowe dokonania) udowodniły, że nie wystarczy chcieć grać jak Corrosion of Conformity, Down czy Alice In Chains, trzeba jeszcze taką muzykę czuć. Podobnie z St. Anger, gdzie nie dość, że spieprzyli kompozycje, to jeszcze dodatkowo brzmienie. Nawet czarna płyta, która dla wielu w przeciwieństwie do albumów późniejszych należy jeszcze do lepszych dokonań, stanowi dla mnie typowe "męczenie buły". Przesłuchanie w całości jakiegokolwiek albumu nagranego przez nich po latach 80tych jest dla mnie nie lada wyzwaniem, łącznie z najnowszym przeciętniakiem, na którym podobają mi się dwie piosenki i tyle.
Mam wrażenie, że nie pomogła im też ilość muzyki, jaką można zmieścić na płycie kompaktowej. Zachowują się, jakby przyszedł do nich Edward Gierek i powiedział: "Towarzysze, na kompakcie mieści się 78 minut muzyki, więc nie możecie nagrywać 50 minut, bo to będzie MARNOTRAWSTWO". Jak ktoś nagrywa tyle materiału, to mogłoby się wydawać, że ma jakąś niesamowitą wenę, a prawda jest wg mnie odwrotna, bo nie dość, że nagrywają mnóstwo chłamu, to kto spędza całe lata w studio na nagrywaniu płyty?
Ulircha - on nigdy nie był wirtuozem, ale gdy kompozycje miały zajebiste riffy i były porządnie złożone do kupy, to kto by się tym przejmował? Niech wybija rytm i tyle.
A co do Belzebonga: zaskoczyło mnie, że można lubić Majora, a nie lubić Belzebonga, ale widocznie "ucho nie sługa". Ja nawet nieco wyżej oceniam Belzebonga, aczkolwiek nowy kawałek z bandcampa zapowiada, że Major Kong zmiażdży swoja płytą.

walkingfear pisze...

@1981

Z Metalliką to jest problem. Uwielbiam płyty do czarnej włącznie, bo mimo pewnych różnic stylistycznych to były po prostu dobre kawałki. Dobre kompozycje. Problem płyt po czarnej wynika z tego, co napisałeś - brak czucia danej muzyki. No i dziwaczne pomysły aranżacyjno-produkcyjne (vide "St. Anger"). W dodatku nawet, gdy "wrócili do źródeł" czyli "Death Magnetic" okazało się, że pomysły skończyły im się coś koło roku 1991. Ciekawie jest to zanalizowane w biografii zespołu autorstwa Joela McIvera "I sprawiedliwość dla wszystkich - prawda o Metallice" (polecam). W przeciwieństwie do oficjalnej biografii "Enter night" gdzie jest sporo lizania po jajach.

Co do Majora Konga. Wiesz, osobiście znam chłopaków, uwielbiałem Fifty Foot Woman, uważam, że w Majorze nadal więcej stonera niż doomu. Za doomem w klimacie Belzebonga nie przepadam. Wolę Church Of Misery.

1981 pisze...

Zajrzałem tu sprawdzając czy są nowe komentarze i nie wiem dlaczego w swoim podsumowaniu nie umieściłem Decapitated, bo ich album grał w moim domu prawie tak często jak Crowbar
I jeszcze na specjalnych prawach dorzuciłbym reedycje płyt Tuff Enuff, które wreszcie mogłem sobie postawić na półce - choć jakimiś gigantami ciężkiego grania nie byli, to jednak zawsze ich bardzo lubiłem. Rewelacyjna muzyka na imprezę dla tych, co nie lubią pedalskich dyskotek.

walkingfear pisze...

Do reedycji Tuff Enuff dodałbym jeszcze wznowienie Kr'shna Brothers. Fajnie, że to wyszło, bo stare kasety pokrył kurz...