niedziela, 19 lutego 2012

Projekt recenzja: Arcturus - La Masquerade Infernale

Wielkim szacunkiem darzę artystów, którzy starają się wyjść z szufladek, w które ich wciśnięto. Dlatego ucieszyłem się gdy Bojadzijew zaproponował, że następną płytą omawiana w ramach „Projektu recenzja” była „La Masquarade Infernale” zespołu Arcturus. Skład zespołu musi wywoływać ciarki na plecach wszystkich fanów ciężkich dźwięków. Dlaczego? Na perkusji Hellhammer z Mayhem, klawiszowcem był Sverd (The Kovenant, Ulver, Emperor), poza tym na wokalu Garm znany najbardziej z Ulver. Poza tym inni muzycy otarli się o kolejne legendy norweskiej sceny blackmetalowej, jak choćby Vortex (Borknagar, Dimmu Borgir). Po prostu metalowe Niebo, czy raczej Piekło, jeśli chcieć być bardziej dokładnym.



Piekielna maskarada” to album przełomowy. Nie tylko dla Arcturusa, ale też i dla innych zespołów ze sceny black metal. Muzycy przekroczyli Rubikon tego, co można zagrać na płycie z gatunku uznawanego za szatańską odmianą metalu. Po prostu odrzucili wszelkie ograniczenia wynikające z konwencji i nagrali coś, co można określić jako metalową operę. I nie chodzi tylko o to, że w aranżacjach użyto instrumentów nietypowych jak na metal (flet, wiolonczela, skrzypce czy kontrabas), bo podobny krok uczynił był Ulver na płycie „Kveldssanger) dwa lata wcześniej. Chodzi o to, że inspiracją do kompozycji stały się nie zespoły typu Venom czy Bathory, a raczej rock progresywny z lat 70-tych XX wieku, gotyk a la Bauhaus czy The Mission, a także muzyka klasyczna. Śpiew jest czysty, co prawda przyprawiony manierą teatralną a la Mr Doctor z Devil Doll, ale w niczym nie przypomina skrzeku znanego z wczesnych dokonań norweskich blackmetalowców. Muzycy w swych kompozycjach nie boją się chwili oddechu czy zwolnienia tempa. Praktycznie w każdej kompozycji mamy zmienne nastroje, a blasty sąsiadują z dźwiękami kwartetu smyczkowego. Całość tworzy coś na kształt suity. Dlatego wspomnienie o inspiracji rockiem progresywnym wydaje mi się zasadne. Muzyczna podroż rozpoczyna się już od pierwszych dźwięków „Master Of Disguise”, gdzie dwóch wokalistów tworzy niesamowity klimat. Świetnie gra Hellhammer, gdy napiernicza podwójną stopę, a jednocześnie uderzenia w werbel są uderzane w rytmie o wiele wolniejszym (ach! mieliśmy takie patenty na „De Mysteriis Dom Sathanas”). Urzekającym utworem jest „Ad Astra”, gdzie wiolonczela gra smutną, zapadającą w pamięć melodię, powtarzaną unisono przez klawisze, altówkę i skrzypce. W pewnym momencie pojawia się klawesyn, a ja czuję, że muzyka nie ma granic, a wszyscy, którzy chcą je stworzyć nie mają pojęcia o pięknie. W „The Chaos Path” urzeka końcówka, gdzie ostro i szybko grający zespół napotyka wspamplowany rytm drum’n’bass. Chyba wsamplowany, nie wiem, może Hellhammer po prostu to zagrał na drugiej ścieżce. Rewelacyjny utwór tytułowy. Niby instrumentalny, a w tle słychać głosy i śmiech. Efekt zabawy z taśmą i fortepian. Super sprawa. „Alone” to szaleńcza galopada na początku i wiersz Edgara Allana Poe jako tekst. W „The Trone Of Tragedy” wykorzystano kolejny wiersz, tym razem autorstwa Jørna Henrika Sværena. O tym utworze można powiedzieć to samo, co o pozostałych. Gramy muzykę, zmieniamy nastroje, opowiadamy historie, tylko, że tym razem zamieszamy na końcu (kolejny efekt podwójnych wokali, tym razem śpiew i zaloopowany głos na drugiej ścieżce). „Painting My Horror” to znowuż faktycznie idealny soundtrack do współczesnego horroru. Takiego podszytego postmodernizmem. Chłopaki z Dimmu Borgir pewnie długo słuchali tego kawałka by złapać inspirację. No i w końcu „Of Nails And Sinners”. Podniosła melodia, para-teatralny śpiew. Raz szybko, raz wolno. Powiecie, że to już było? I to nawet na recenzowanej płycie? Tak. T prawda. Ale liczy się to JAK wykorzysta się patenty stosowane przez wszystkich. Na tym polega wielkość niektórych dziel, że twórcom udało się połączyć elementy znane wszystkim, ale stworzyć za ich pomocą coś nowego.

Arcturus wyznaczył drogę wielu innym zespołom. Wraz z tym, co nieco wcześniej zaprezentował Therion „La Masquerade Infernale” to wzór dla wielu zespołów metalowych, które poszerzyły instrumentarium i zaczęły eksperymentować z formą. Nie wszystkim fanom to się podobało, ale samego zjawiska nie da się lekceważyć. Tym bardziej, że setki grup podążyły tą drogą.

Przed wystawieniem oceny krotka refleksja. Istnieje zjawisko, szczególnie w metalu, że zespól zaczynający od bardzo ostrej, agresywnej muzyki po jakimś czasie przechodził swoistą metamorfozę, stopniowo łagodniejąc w brzmieniu. Lista jest dość długa – Anathema, Opeth, Therion, Tiamat, czy właśnie projekty panów od norweskiej sceny blackmetalowej. W sumie to rozumiem. Ileż można nawalać black czy death metal w ten sam sposób? Dwie płyty? Może trzy. Ale dość tych dygresji. Czas na ocenę…

Arcydzieło. Ocena 5/5.

Recenzja Dawrweszte.

Recenzja Bojadżijewa.

9 komentarze:

Anonimowy pisze...

dobrze gada, polać mu:)
bojadżijew

dawrweszte pisze...

Czułem tę ocenę;) U mnie niżej, ale Arcturus ma na necie same wysokie noty, trzeba było choć jedną niższą;)

Propozycja?

vaik pisze...

o Arcturusie słyszałem, ale go nie słyszałem - nie można słyszeć wszystkiego ;). Wszystko fajnie, porównania do Therion zachęcają, ale... no właśnie: skoro lubię Theriona, Anathemę czy Tiamat - dlaczego dziś, 15 lat po wydaniu tej płyty, miałbym po nią sięgnąć? Wówczas była przełomowa, ale czy dziś nie będzie wydawać mi się wtórna, podobna do np. wymienionego wyżej Theriona?

Anonimowy pisze...

Mimo pewnego pokrewieństwa stylistycznego z Therion to zupełnie inny klimat. Therion jest bardziej klasyczny, żeni muzykę klasyczną z metalem, takim nawet rycerskim. Tu zaś jest pełen odjazd, nie ma motywów stricte z heavy metalu, jest mieszanie i zaskoczenie.
bojadżijew

walkingfear pisze...

@vaik

Arcturus to awangarda - inspiracje, jak pisałem, dość szerokie od muzyki klasycznej do rocka progresywnego.

Robiąc analogie do muzyki klasycznej:
Therion to popularne walce Straussa
Arcturus to Wagner ożeniony z Czajkowskim

dawrweszte pisze...

Therion się tu pojawia, pamiętam taki ich utwór "Ameno".

walkingfear pisze...

@Dawrweszte

A to przypadkiem nie był zespół Ich Troje w duecie z Andreą Boccelim?

dawrweszte pisze...

Ich Troje w duecie z Andreą Boccelim

To chyba raczej kwartet

vaik pisze...

"Ameno" nagrali Rubik z Apocalipticą.